Czerwony odcień pogranicza

Im dalej na zachód, tym więcej komunistycznych symboli. Nad Odrą i Nysą przywiązanie do pamiątek po PRL jest najsilniejsze. Polsko-niemieckie pogranicze opanowała Armia Czerwona, która bez trudu wygrywa bitwę na pomniki z Janem Pawłem II.
Przez dwuipółtysięczną Cybinkę w powiecie słubickim nie sposób tak po prostu przejechać. Opodal kościoła i głównego skrzyżowania uwagę podróżującego przykuwa kilkumetrowy posąg. U stóp generała Żukowa, na największym w województwie lubuskim cmentarzu wojennym pochowano 11 tys. czerwonoarmistów. Monumentalne wejście na cmentarz nie pozostawia wątpliwości, że nie tylko o cześć poległych żołnierzy tutaj chodzi. Na przechodniów z brązowej tablicy spogląda Józef Stalin. „Nasza słuszna sprawa, zwyciężyliśmy!” – głosi napis.

Modlitwa przy saperze
To podróż wehikułem czasu. By z Słubic dotrzeć pod pomnik Armii Czerwonej we Frankfurcie nad Odrą, trzeba przejechać obok ulicy Jedności Robotniczej, potem minąć graniczny most, skrzyżowanie z Karl-Marx-Straße, dalej wzdłuż ulicy Róży Luxemburg, następnie Karla Liebknechta. Hiperrealistyczny monument sowieckiego żołnierza góruje nad płaską okolicą. Dziesiątki podobnych pamiątek wciąż zdobi rubieże Polski i Niemiec. Sowieccy bohaterowie mogą być pewni swoich pozycji. Lokalna władza i mieszkańcy niełatwo zrzucą ich z cokołów. Pozycji herosów komunizmu w Polsce może pozbawić jedynie Andrzej Przewoźnik. Sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa skończył właśnie prace nad projektem nowej ustawy o usuwaniu komunistycznych symboli. W maju ustawa ma trafić do Sejmu.
„Ustawa całościowo i w sposób nowoczesny reguluje sferę pamięci, grobów i pomników” – mówi Andrzej Przewoźnik – „To pierwsza oficjalna definicja miejsc pamięci narodowej”. Według szefa ROPWiM zapis w cywilizowany sposób określa sposób usuwania symboli propagujących totalitaryzm. Decyzja w tej sprawie likwidacji pamiątek z minionej epoki leży w gestii samorządów. Projekt ustawy daje jednak instytucji podległej Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego prawo ingerencji w lokalne sprawy i stwarzać potencjalne źródło konfliktów. Na zachodnim pograniczu wola mieszkańców może być inna niż mocodawców z Warszawy. Przywiązanie do symboli z minionej epoki jest tam większe niż gdziekolwiek indziej w Polsce.
Najlepiej obrazuje to przypadek Kęszycy. Gipsowy pomnik radzieckiego sapera jest w tej miejscowości w powiecie międzyrzeckim niemal obiektem kultu. Nie chodzi o fakt, że w Boże Ciało obok monumentu staje ołtarz. Gdy minister kultury w rządzie PiS Kazimierz Ujazdowski, poruszony wydarzeniami w Tallinie, ogłosił projekt ustawy, która umożliwi ,,skuteczne usuwanie pomników i symboli obcego panowania nad Polską'', gminni działacze natychmiast się uaktywnili, biorąc w obronę relikt socjalizmu. Sołtys Kęszycy zapowiedział nawet czuwanie przy gipsowym czerwonoarmiście – zupełnie jak w Boże Ciało. W innych miejscowościach zachodniej Polski reakcja była podobna. Radni Szprotawy spontanicznie zaczęli zbierać podpisy pod petycją z żądaniem zachowania pomnika polsko-radzieckiego Braterstwa Broni. W przygranicznych Boleszkowicach (powiat Gryfino), które co roku obchodzą rocznicę wyzwolenia przez Armię Czerwoną, zaprotestowali mieszkańcy ulicy Świerczewskiego i osiedla 40-lecia PRL.

Romans pod czerwoną gwiazdą
Wysmukły obelisk z sowiecką gwiazdą góruje nad przejściem granicznym w Kostrzynie nad Odrą. Z murów szesnastowiecznej pruskiej twierdzy wjeżdżających do Polski wita także brązowy sierp i młot. Armata, wycelowana w Berlin, nadaje powagi komunistycznym symbolom. Całość jest częścią cmentarza wojskowego. Jesienią 2008 roku nekropolia, pomnik, armata oraz sierp i młot znikną. Nie o dekomunizację czy politykę chodzi, ale o sprawy techniczne. Po powodzi w 1997 roku mury bastionu pękają i, by wzmocnić ich konstrukcję, trzeba zlikwidować cmentarz oraz usunąć z jego terenu wszystkie obiekty. Szczątki około 200 żołnierzy radzieckich przeniesione zostaną na cmentarz komunalny. Armata trafi do powstającego muzeum twierdzy, sierp i młot zostaną usunięte. Ku zmartwieniu Kostrzynian po obelisku nie pozostanie żaden ślad.
Pierwotnie zakładano, że pomnik ku czci radzieckich żołnierzy po zdemontowaniu stanie gdzieś na terenie odnawianej twierdzy. Konstrukcja pękającego obelisku nie pozwala jednak na jego ponowne odsłonięcie. Kostrzynianie nie kryją żalu. „To jest rozpoznawalny symbol Kostrzyna” – mówi Agnieszka, handlująca papierosami na pobliskim bazarze – „Szkoda, że zniknie z powierzchni ziemi”. Pani Agnieszka z rozrzewnieniem wspomina swoje pierwsze randki pod obeliskiem z widokiem na Odrę. „W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych było to ulubione miejsce spotkań mieszkańców Kostrzyna” – mówi Anna Suska, sekretarz gminy Kostrzyn. Dlaczego właśnie na cmentarzu spotykali się kostrzynianie? Wielu mieszkańców miasta wątpi, czy faktycznie spoczywają tutaj ludzie.
„Kieruję się pragmatyką, a nie polityką” – zapewnia Andrzej Kunt, burmistrz Kostrzyna nad Odrą – „Chodzi wyłącznie o to, by zapobiec katastrofie budowlanej”. Kunt nie jest zwolennikiem usuwania radzieckich symboli z wojskowych cmentarzy. Jego zdaniem nekropolie są właściwym miejscem dla tego rodzaju pamiątek. Dlatego burmistrz nie ma nic przeciwko, by po ekshumacji na komunalnym cmentarzu utworzyć z krzewów symbol gwiazdy. – „To znak żołnierski” – uważa Andrzej Kunt. Także Andrzej Przewoźnik nie zamierza niszczyć cmentarnej symboliki, choć po wojnie Sowieci zmienili miejsca pochówków w pomniki chwały Armii Czerwonej i Związku Radzieckiego. Po obu stronach Odry i Nysy, gdzie podczas ofensywy zimowej 1944/1945 poległy dziesiątki tysięcy żołnierzy, nekropolie powstawały w środku miast i miejscach szczególnie eksponowanych. – „Stalin z Cmentarza w Cybince musi zniknąć” – zapowiada jednak sekretarz ROPWiM.

Ulice jak w Ameryce
Nostalgia za pamiątkami po PRL i NRD ma wymiar transgraniczny. Ten polsko-niemiecki pomnikowy romans, choć wykuty w zimnym kamieniu, do dziś rozpala serca i umysły mieszkańców pogranicza. Karol Marks i jego polski imiennik Świerczewski, Rola-Żymierski, Engels i inni bohaterowie tamtych czasów wciąż mają się bardzo dobrze. Nikt nie podejmuje nawet próby zmiany nazw ulic. We wschodnich Niemczech wciąż znajdziemy ulice Waltera Ulbrichta, Ottona Grotewohla i innych założycieli Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (SED). W landach sąsiadujących z Polską pozostały setki sowieckich monumentów, głównie na cmentarzach wojennych. W samym tylko powiecie Märkisch-Oderland, najbardziej w całych Niemczech zniszczonym podczas wojny, jest ich 169. Eisenhüttenstadt, byłe miasto Stalina (Stalinstadt), odpowiednik krakowskiej Nowej Huty, jest do dziś żywym wspomnieniem po komunizmie i to nie tylko ze względu na muzeum pamiątek po NRD.
Po polskiej stronie granicy dekomunizacja przestrzeni publicznej postępuje równie opornie. – „Trzeba przyznać, że u nas jest ich wielu” – odpowiada Edward Patek pytany o komunistycznych patronów w mieście. Przed rokiem niezależny radny miasta Gubina na polskich Łużycach próbował zainicjować publiczną debatę nad zmianą nazw ulic. A jest w mieście co zmieniać. Armii Ludowej, Świerczewskiego, Roli-Żymierskiego, Nowotki, Róży Luxemburg, Mariana Buczka wciąż pojawiają się w gubińskich adresach. Całemu osiedlu Komorowo patronują młodzi działacze komunistyczni z okresu przedwojennego. W powiatowym Krośnie Odrzańskim jedna z głównych ulic wciąż nosi nazwę Armii Czerwonej. Inicjatywa radnego Patka spaliła na panewce. „Spotkało mnie wiele agresji ze strony mieszkańców” – mówi Edward Patek – „Do ludzi nie dociera, że Świerczewski był bandytą, który mordował Polaków”. Kilka kilometrów na południe od Gubina, w środku wsi Stargard Gubiński ludzie wciąż składają kwiaty pod pomnikiem „Waltera”, wzniesionym na pamiątkę przeprawy przez pobliską Nysę w 1945 roku.
29-letni burmistrz Gubina Bartłomiej Bartczak nie chce słyszeć o resentymentach. „Jestem za wprowadzeniem systemu amerykańskiego. Wprowadźmy dla ulic numerację. Niech zamiast słownych nazw będą cyfry” – deklaruje Bartczak – „To sprawa polityczna i nie będziemy wydawać na to publicznych pieniędzy. Nie wiemy, czy następny rząd znów nie każe zmieniać nazw ulic”.
Bardzo wielu czerwonoarmistów poległych w swojej ojczyźnie nie doczekała się pogrzebu. W przyzwoitych grobach żołnierze spoczęli w Polsce i innych krajach zależnych od Związku Radzieckiego. I tak zostanie. Polska jest sygnatariuszem międzynarodowej konwencji o ochronie cmentarzy wojennych, i nie ma mowy oich likwidacji. Ale pomniki „wdzięczności” to zupełnie inna kwestia. Podobnie jak nazwy ulic czy placów. Przy oporze niechętnych zmianom władz i mieszkańców zanosi się na konfrontację Ziem Zachodnich z Warszawą.

Marcin Rogoziński, stypendysta Kolegium Dziennikarskiego przy Freie Universität Berlin

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 15.05.2008