Ogień niszczy i... obnaża

Wielki pożar, jaki wybuchł 4 listopada na przygranicznym targowisku o nazwie „Oder Center Berlin” w Osinowie Dolnym (gmina Cedynia) na szczęście nie pociągnął za sobą ofiar w ludziach. Ale straty materialne są ogromne. Doszczętnie spłonęło blisko 200 stoisk (w większości na zewnątrz, ale także i wewnątrz hali poniemieckiej papierni). Z dymem poszła masa towaru, przygotowanego już przez kupców na przedświąteczną falę zakupów. Niestety, było tam też dużo fajerwerków, które podczas pożaru wybuchały i przyczyniały się do rozszerzania się ognia.
Pożar odbił się szerokim echem w Polsce i w Niemczech, ale im dalej, tym więcej słychać było w komentarzach fantastycznych stwierdzeń w rodzaju: „spalił się Osinów”, a nawet „spaliła się Cedynia”. Trzeba być choć raz w Osinowie, by przekonać się, jak wielki jest kompleks handlowy przy granicy. Pasaż przy głównej hali (w którym wybuchł pożar) jest rzeczywiście doszczętnie zniszczony przez ogień, ale tylko w jednej części. Im bliżej jednej ze stacji paliw, którą strażacy w pierwszej kolejności chronili przed ogniem, tym ślady pożaru widać mniej, a nawet w ogóle. W samej hali głównej ogień rozprzestrzenił się też tylko w części, ale przez co najmniej kilka tygodni nie będzie się nadawała do użytku, bo wszystko jest w sadzy, powstałej z gęstego dymu. Ogółem zniszczonych jest ok. 30 procent centrum handlowego. Ale pozostała część normalnie działa, już nazajutrz jak zwykle przyjechało mnóstwo niemieckich klientów. Właściciele zniszczonych stoisk uwijają się przy usuwaniu spalonych resztek, sprzątają, zmywają, bo chcą jak najszybciej wrócić do pracy. Dla sporej części było to jedyne źródło dochodu, wielu ponadto zatrudniało pracowników, którzy też pozostali bez środków do życia. Niemiecki właściciel Heinz Müller oznajmił, że na trzy miesiące zwalnia pogorzelców z czynszu i oferuje im handel w innych miejscach.
Czy z pożaru wyciągnięte zostaną wnioski na przyszłość? Bo dramat ten odsłonił z jednej strony zagrożenia stwarzane przez handel na tak masową skalę w ciasnocie i prymitywnych warunkach, a z drugiej - biurokratyczne przeszkody na wysokim szczeblu w praktycznej współpracy polskich i niemieckich strażaków. Do pożaru przyjechały wozy gaśnicze m.in. ze Szczecina i Gorzowa (pokonując 90 km, na co potrzebowały 1,5 godz.), z Gryfina i Kostrzyna (60 km i ok. 1 godz.), natomiast parę godzin czekało na pozwolenie polskiej strony na wjazd blisko stu strażaków niemieckich, w tym z Hohenwutzen (odległość 2 km, czas przejazdu 3 min.) i Bad Freienwalde (10 km - czas 14 min.). W tym czasie ogień czynił spustoszenia.
Heinz Müller przekonuje, że to było podpalenie i wyznaczył nawet nagrodę za pomoc w wykryciu sprawcy. Ale nieoficjalnie ze źródeł policyjnych dowiadujemy się, że najpewniej przyczyną było zwarcie instalacji elektrycznej. Pożar wybuchł w głównym pasażu na straganach, gdy były już one zamknięte.

Vollständiger Text/ cały tekst: http://www.gazetachojenska.pl/gazeta.php?numer=12-46&temat=1
Veröffentlichung/ data publikacji: 19.11.2012