Jednak okaleczanie

13 sierpnia w numerze 33 pod tytułem „Kwestia perspektywy” ukazała się (www.gazetachojenska.pl/gazeta.php?numer=13-33&temat=5) polemika Pawła Hoca z moim tekstem „Okaleczanie tożsamości”, opublikowanym w czerwcu w nr. 24 (www.gazetachojenska.pl/gazeta.php?numer=13-24&temat=4).
Mój adwersarz z rozmachem ustawia mnie do bicia, ale uderza poniżej pasa, albowiem wybiera z mego tekstu tylko to, co ewentualnie może wzmocnić jego argumenty, zaś zupełnie pomija to, co mogłoby je zburzyć.

Najpierw sprostowanie: Jarosław Kaczyński 19 maja w Gryfinie nie mówił konkretnie o Gottfriedzie Bennie, lecz ogólnie o upamiętnianiu niemieckich postaci. Przykład Benna podał relacjonujący spotkanie dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Natomiast w moim tekście Benn (należący do największych europejskich poetów i swego czasu bliski literackiego Nobla) stanowił tylko jeden z wielu przykładów, wcale nie najważniejszy.

Hoc ustawił mnie w narożniku, chcąc łatwo powalić na deski. W tym celu kreuje mnie na piewcę pamięci wyłącznie postaci kontrowersyjnych, takich jak Benn czy Henning von Tresckow. Uwypukla ciemne karty z ich biografii, dając tym samym do zrozumienia, że ja chcę upamiętniać hitlerowców. W tej konwencji nie musiałby mnie nokautować, bo znokautowałbym się własnoręcznie. Ale ja, pisząc wcześniej o Bennie, informowałem przecież także o jego początkowej fascynacji Hitlerem („GCh” nr 12 z 2012 r.). Z kolei w 2011 r. podczas spotkania w Chojnie z Christianem von Tresckowem (bratankiem jednego z zamachowców na Hitlera) publicznie dzieliłem się z nim polskimi wątpliwościami co do długofalowych celów zamachowców. Nie zmienia to faktu, że mój mocny sprzeciw budzi tyleż brawurowe, co małoduszne pomniejszanie przez Hoca heroizmu zamachowca i kwitowanie jego tragicznej biografii twierdzeniem, że popełnił samobójstwo ze strachu. Cóż, dziś odwaga bardzo staniała. Ja jednak doskonale pamiętam czasy, kiedy jakikolwiek akt sprzeciwu wobec autorytarnej władzy wymagał autentycznej odwagi, na którą stać było bardzo niewielu. Nawet w stosunkowo miękkiej dyktaturze późnego PRL-u, nie mówiąc o czasach stalinowskich czy hitlerowskich.

Hoc napisał: „Zuchwała supozycja redaktora Ryssa jakoby Joseph Ratzinger miał jakieś czarne plamy w życiorysie, bo jak każde dziecko należał w hitlerowskiej Rzeszy do Hitlerjugend, to zupełna niegodziwość”. Hm... Dziwię się, że mój adwersarz nie wyczuł nachalnego wręcz sarkazmu w moich słowach, że „skoro - jak twierdzi Kaczyński - »nie ma się co utożsamiać z czymś, co z Polską i polskością nic wspólnego nie ma«, to łatwiej jest zrozumieć, czemu polski katolicyzm ma się dziś tak marnie: bo papieżem przestał być Polak, a w dodatku po nim nastał Niemiec, który zresztą należał do Hitlerjugend. A teraz z kolei przyszedł jakiś Argentyńczyk”. Próbowałem wykazać w ten sposób, że szowinizm i nacjonalizm to ślepy zaułek, zwłaszcza dla katolików. Poza tym mam awersję do uwypuklania w czyjejkolwiek biografii wstydliwych faktów z przeszłości, bo bardziej interesuje mnie, w jaki sposób człowiek potrafi przejrzeć na oczy i późniejszą aktywnością z nawiązką odkupić swe błędy. Nie ma człowieka, który nigdy nie pobłądził. Dlatego istotnym pytaniem jest nie to, czy ktoś jakieś błędy popełnił, lecz to, czy potrafi je dostrzec, odciąć się od nich, wyrazić skruchę i zmienić swe postępowanie. Jak wie każdy katolik, żal za grzechy jest podstawą rozgrzeszenia. Trudno nie przywołać tu przykładu Szawła, który mimo że był jednym z najbardziej zawziętych prześladowców chrześcijan, został potem jako Paweł Apostołem Narodów i świętym, o którym wspomina się w każdej mszy. A święty Piotr, który trzykrotnie wyparł się Jezusa? Według częstej dziś w Polsce narracji (popularyzowanej właśnie przez środowisko bliskie Hocowi), Piotra należałoby uznać za tchórza, zdrajcę i sprzedawczyka. Jednak uznany został (także przez samego Chrystusa) za godnego bycia Jego ziemskim namiestnikiem. Konkluzja? Chwile słabości i błędy (zwłaszcza z młodości) nie mogą przekreślać całej biografii człowieka.

Obawiam się, iż raczej nie przez nieuwagę Paweł Hoc pomija, że napisałem nie tylko o związanych z naszą okolicą Niemcach uwikłanych przez jakiś czas w nazizm, lecz także o działających tu kiedyś takich postaciach, jak np. Paul Tillich czy Dietrich Bonhoeffer. Ich biografie są wręcz wzorcem szlachetnych postaw w totalitarnym systemie. Dla każdego człowieka, a zwłaszcza dla chrześcijanina, mogą być jasnymi latarniami, oświetlającymi nasze życiowe drogi. Dlaczego mamy ich nie upamiętniać? Tylko dlatego, że tak jak Benn - jak pisze Hoc - „nie pisali po polsku, nie czuli zatem żadnej więzi z polskością”? No ale apostołowie też nie pisali po polsku i nic nam nie wiadomo, by czuli jakąkolwiek więź z polskością, podobnie jak dziesiątki późniejszych Ojców Kościoła. Więc co w związku z tym? Nie powinno się czcić ich w polskich kościołach? Mój polemista wpada w pułapki, które sam zastawił. Bo pisze: „Jeśli więc chcemy kogoś lub coś upamiętniać, to przesłanką konieczną jest odwołanie się do polskiej kultury (rozumianej szeroko) i zgodności z nią”. Jednak zaraz uzupełnia: „A owa zgodność oznacza zakorzenienie twórców i ich dzieł chociażby w chrześcijańskiej wrażliwości”. A przecież trudno o lepsze lokalne przykłady zakorzenienia twórców i ich dzieł w chrześcijańskiej wrażliwości, jak właśnie Tillich i Bonhoeffer. Przeszkodą dla Kaczyńskiego i Hoca jest to, że nie byli oni Polakami. W dodatku nie byli katolikami, a - co najgorsze - to Niemcy. A że św. Paweł głosi w Piśmie Świętym, iż „nie ma Żyda ani Greka... Albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Chrystusie”? Cóż, skoro można dowolnie wybierać sobie kawałki z mojego tekstu, to można tak samo wybierać i z Biblii. Można nawet być przekonanym (a takich u nas nie brak), że Matka Boska była Polką (wszak to królowa Polski), więc Polakiem był i Jezus.

Pójdźmy krok dalej. Chrześcijańska tradycja jest ogromnie ważna dla polskiej kultury. Ale mimo to nieroztropne jest twierdzenie Hoca, że „jeśli dana osoba lub dany wytwór jej pracy nie spełnia takich kryteriów (czyli zakorzenienia w chrześcijańskiej wrażliwości), to naturalnym biegiem rzeczy nie zasługuje na szczególne zaistnienie w naszej świadomości zbiorowej”. Ten język wykluczania słyszymy dziś niestety codziennie, i to często z bardzo dostojnych ust. Streszcza go odgrzewany stereotyp „Polaka katolika”. Prostą konsekwencją jest wykluczanie z polskiej wspólnoty geniuszu Gombrowicza, głębokiej, lecz niepokornej duchowość Miłosza, wykluczanie Mrożka, Szymborskiej, Tuwima, Leśmiana, nawet Mickiewicza (bo bluźnierczy). Listę można ciągnąć długo. Zanim ktokolwiek wykluczy z Polski mnie, to wypiszę się z niej sam. Bo Polska bez tych postaci nie byłaby moją Polską. Nie byłaby Polską w ogóle...
Polska kultura jest fragmentem kultury europejskiej. Jest nierozdzielna od całego światowego dziedzictwa ludzkiego ducha, którego ważną, lecz nie wyłączną część stanowi chrześcijaństwo - obok m.in. starożytnej Grecji i Rzymu czy judaizmu (choćby dzięki Biblii czy tysiącletniej polsko-żydowskiej koegzystencji na wspólnej ziemi). Skąd więc pomysł zamykania kultury polskiej w jakimś etnicznym getcie i przeciwstawiania jej kulturze niepolskiej?

Paweł Hoc pisze: „To, co mieszkańcy małych polskich miasteczek czują intuicyjnie, Kaczyński wyraża expressis verbis”. Kaczyński i Hoc wiedzą, co czują mieszkańcy tych terenów. Obydwaj nie dodają, że chodzi im zaledwie o jakąś część tych mieszkańców, bo inna, na pewno niemała, czuje zupełnie inaczej. Świadczą o tym rzesze ludzi i stowarzyszeń, zajmujących się niezakłamaną historią ziem odebranych w 1945 roku Niemcom. Świadczą też o tym marne wyniki, jakie zazwyczaj w wyborach parlamentarnych uzyskuje PiS w Polsce północnej i zachodniej.
Przyswajanie przez mieszkających tu Polaków niemieckiej historii tych ziem jest - wbrew pozorom - świetną metodą zakorzeniania polskości. Na pewno zaś nie jest dobrą metodą udawanie, że Niemców tutaj nie było i że nie tworzyli kultury, z której czerpiemy do dziś, choćby modląc się w wybudowanych przez nich kościołach. Wcale nie wzmacnia też polskości przekonywanie, że przez 800 lat Niemcy te ziemie okupowali.

Nie licuje z inteligencją mego adwersarza powtarzanie tanich i obraźliwych zaklęć w rodzaju: „uosabiający obóz niepodległościowo-patriotyczny Kaczyński” albo „polscy patrioci z PiS-u”. Taki język to nadużycie, bo z góry zakłada, że ci, którzy nie zgadzają się z Kaczyńskim, to nie są patrioci, nie zależy im na niepodległości Polski, jednym słowem zdrajcy. Panie Pawle, Pan też liczy na to, że „ciemny lud to kupi”? Być może kupi, bo - jak twierdził klasyk propagandy - wielokrotnie powtarzane kłamstwo staje się w końcu prawdą.

Ale wróćmy jeszcze do tak podkreślanej przez Hoca chrześcijańskiej wrażliwości. Chrześcijaństwo, ale jakie? Które? Michalik czy Życiński? A może Michalik i Życiński? Hoser czy Lemański? Rydzyk czy Tischner? „Nasz Dziennik” czy „Tygodnik Powszechny”? „Fronda” czy „Więź”? Coraz trudniej znaleźć wspólny mianownik między tymi postaciami i środowiskami, choć wszystko to chrześcijanie i katolicy. Notabene katolicka „Więź” w najbliższym numerze będzie przywoływać mój tekst „Okaleczanie tożsamości” - i to w kontekście wcale nie negatywnym. Okazuje się - tu całkowicie przyznaję P. Hocowi rację - że to rzeczywiście kwestia perspektywy.
Ale czy tak właśnie ma wyglądać przywoływana przez niego „polska perspektywa ze wszystkimi tego konsekwencjami”?
Robert Ryss

W tej samej sprawie pisała także w nr. 27 Saba Keller:
www.gazetachojenska.pl/gazeta.php?numer=13-27&temat=7

Vollständiger Text/ cały tekst: http://gazetachojenska.pl/gazeta.php?numer=13-35&temat=6
Veröffentlichung/ data publikacji: 30.08.2013