Podróżować jest bosko

„Czy cel nie jest iluzją? Czy nawet jeśli mamy upatrzone jakieś cele, na pewnym etapie nie okazują się tylko punktami na naszej drodze? Tak chyba jest z podróżowaniem, które jest nieprzerwanym procesem. Jeżdżąc i spotykając się z tym, co jest inne, zadajemy sobie pytania, które w jakiś sposób nas kształtują, poszerzają nasze horyzonty. Z drugiej strony dają nam dodatkowo ogromnego kopa zmysłowego. Tak jakbyśmy pełniej przeżywali świat. Realizując od lat Włóczykija, oddając się jego prądowi, odnoszę podobne wrażenie” - mówi duch sprawczy Gryfińskiego Festiwalu Miejsc i Podróży Przemek Lewandowski. Dotyka w tych słowach rzeczy ważnych, których doświadczył chyba każdy z nas. Zarówno podróżując samemu, jak też słuchając opowieści innych.

Ostatni łowcy głów
Ósmą edycję Włóczykija otworzył w czwartek Andrzej Muszyński opowieścią o wyprawie na północ Birmy. To dobra ilustracja słów Przemka. Nieprzebyta dżungla i góry, bezdroża, które można przejść wyłącznie na słoniach, krajobrazy, przyroda, a przede wszystkim ludzie z ich historią i obyczajami. W dobie telewizji i Internetu świat niby bardzo się skurczył, a mimo to Muszyński płynął w Birmie rzeką, o której nie mieli pojęcia nawet tubylcy. Powiedział, że były to jedne z najpiękniejszych widoków, jakie w życiu widział. A przecież widział sporo. No i po dużych trudach dotarł do jednego z ostatnich łowców głów i azjatyckiego Pigmeja, o którym też nie wiedziało wielu Birmańczyków.
Pierwszego dnia była też degustacja niecodziennych potraw. Tym razem połączono jedne z integralnych motywów Włóczykija: kuchnie świata i kinematografię. Paulina Wnuk prezentowała swą książkę „Kuchnia filmowa”. Nie chodziło wcale o kulisy powstawania filmów, lecz o potrawy, występujące w słynnych dziełach kinematografii, np. niebieska zupa Bridget Jones, kremowe piwo, które pił Harry Potter, krem sułtański z „Dziewczyn do wzięcia”, makowiec z „Magnata”, chleb elfów z „Władcy pierścieni”, bliny gryczane z „Uczty Babette”. Niektóre z tych specjałów można było skosztować.

Z Mickiewiczem na pogrzebie
Opowieści okraszonych pokazem niesamowitych widoków, z filmowymi wstawkami można słuchać bez końca. Każda jest inna, inaczej ubarwiona, inaczej opowiedziana. Efekt zależy od inwencji autora, jego zdolności narratorskich, sposobu zmontowania materiału. Świat jest tak różnorodny, tak ciekawy i - o dziwo - nieraz tak mało znany, że nam, Europejczykom, trudno w to uwierzyć. Wiele jest rejonów, w których nigdy w życiu nie widziano obcokrajowca. Wystarczy się zapuścić na chińską prowincję. Ale w tak potężnym Szanghaju można już kupić nasze mleko „Łaciate”.

Z paru prezentacji, które obejrzałem w sobotę 22 lutego, wybrałem tylko dwa wątki, bo nie sposób przekazać więcej. Konrad Adam Mickiewicz -podróżnik i fotografik z Białegostoku zaprezentował Indonezję jako kraj kontrastów nie tylko pod względem urbanistyczno-ekonomicznym, lecz i obyczajowym. Przykładem mogą być zwyczaje pogrzebowe na wyspie Celebes, kultywowane przez grupę etniczną Torajów. Pogrzeby przypominają nasze ceremonie ślubne. Bogacze wyprawiają tak wystawne pogrzeby, że chowają się nasze wesela. Zjeżdża się rodzina bliższa i dalsza, a także okoliczna ludność. Każdy obowiązkowo z prezentem. Mickiewicz barwnie opisał taki pogrzeb, podczas którego złożono w ofierze 16 wołów i 100 świń. Przygotowania trwają nawet parę miesięcy, a w tym czasie rodzina mieszka z nieboszczykiem (częściowo zabalsamowanym), z którym się rozmawia, odwiedzają go znajomi (koniecznie z prezentami) itd. Pogrzeb wyprawia się dopiero wtedy, gdy już goście naznoszą odpowiednią ilość podarunków. Nie jest to ceremonia przepełniona smutkiem, lecz ucztowanie, wesołe wspominki o życiu zmarłego itp. W specjalnych wnękach wystawia się lalki – podobizny zmarłego, odziane w jego ubrania. Dla mniej zamożnych nieraz jest to nie lada kłopot, bo ceremonię wypada urządzić dopiero wtedy, gdy ma się odpowiednią kasę, a w tym czasie zmarły nie zawsze już się trzyma kupy. Bogaci zazwyczaj wynajmują specjalną wioskę, jedną z tych, które się buduje dla celów pogrzebowych. Są tam wszystkie urządzenia i pomieszczenia dla przyjezdnych. Analogia do naszych domów weselnych.

Po śladach narkobiznesu
Z kolei Maciej Tarasin z Żor opowiedział o ekstremalnej wyprawie do jednego z najbardziej niedostępnych zakątków świata: do kolumbijskiej dżungli, gdzie przed kilkudziesięciu laty były narkotykowe laboratoria kolumbijskiej mafii. Miejsca tak dzikie i niedostępne, że amerykańskim specjalistom trudno było namierzyć zakładane tam kokainowe plantacje. Mafiosi docierali tam awionetkami, mając wycięte w leśnej głuszy lądowiska. Bez maczety nie sposób wejść do takiej gęstwiny. Podróżnicy zapuszczali się w nieznane rejony rzecznymi szlakami. Niektóre mniejsze dopływy to zupełnie dziewicza dżungla, a górskie potoki wyżłobiły niesamowicie barwne wąwozy o prostopadłych ścianach. Krajobraz piękny, dziki i niezwykle groźny, bo żeby poruszać się w takim terenie, trzeba było mieć umiejętności alpinisty, kajakarza górskiego i wytrawnego myśliwego. Gdy zapytałem Macieja, co było największą uciążliwością, to odparł, że wszechobecne owady, które są zmorą w takim klimacie. - Każde odkryte miejsce na ciele to po pewnym czasie czerwona plama. Smarowaliśmy się śmierdzącym olejem, i to trochę pomagało – stwierdził.

Włóczykij potrwa do niedzieli. Szczegółowy program zamieściliśmy w poprzednim numerze. Jest także na www.wloczykij.com

Vollständiger Text/ cały tekst: http://gazetachojenska.pl/gazeta.php?numer=14-08&temat=2
Veröffentlichung/ data publikacji: 02.03.2014

Beiträge aus der deutsch-polnischen Grenzregion

Vielleicht interessieren Sie sich für einen der aktuellen Beiträge aus der deutsch-polnischen Grenzregion: