Błogosławione wątpliwości

Na konferencji pt. „Cedynia w czasie i przestrzeni”, zorganizowanej 19 czerwca podczas Dni Cedyni, prof. dr hab. Stanisław Rosik z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego wygłosił bardzo inspirujący referat pt. „Mieszko I a Cesarstwo Rzymskie pierwszego z Ottonów (o polityczno-cywilizacyjnym kontekście cedyńskiej batalii 972 r.)”. Walorem tego wystąpienia były nie tylko kompetencje naukowca (to jeden z najwybitniejszych obecnie znawców średniowiecza w Polsce), gdyż profesor przy okazji podzielił się refleksjami o meandrach uprawiania zawodu historyka. Nieodłącznym atrybutem tej profesji jest to, że w historii istnieje wiele rzeczy niepewnych. Najbliższy nam przykład to bitwa pod Cedynią. Wiadomo, że była i wiadomo, kiedy, ale co do lokalizacji naukowcy spierają się nadal. A sam przebieg bitwy to już nie tyle historia, ile fantazja i wyobraźnia kronikarzy oraz ich czytelników. Nawet źródła historyczne, w tym napisana przez Thietmara Kronika, dzięki której wiemy o cedyńskiej bitwie, to często fakty przeplatane literaturą, uprawianą przez autora w różnych doraźnych celach, o czym mówił na konferencji prof. Rosik. W ostatnich wiekach do głosu doszła też ideologia, która nawet zdominowała historyczny dyskurs, co widać było np. w kilkumiesięcznej debacie, prowadzonej na naszych łamach w 2007 roku, a w której wątpliwości co do lokalizacji bitwy pod Cedynią szybko zeszły na dalszy plan, bo dyskusja skupiła się na kwestiach znacznie poważniejszych: na odmiennych drogach formowania lokalnej i narodowej tożsamości.
– Pewien sposób widzenia został utrwalony przez kilka pokoleń. Bardzo go szanuję, ale ja bym już ten sposób zostawił badaniom socjologiczno-historycznym, [by wyjaśniały,] czym jest ta tradycja jako element kultury w tym regionie. Historycy, zwłaszcza XIX wieku, gdy był pewien głód hipotez, stworzyli taką szkołę, że jak nie wiadomo, jak było, to trzeba dopowiedzieć i zrobić tzw. rekonstrukcję. Dzisiaj nawet unika się w historii pojęcia „rekonstrukcja”, by nie wprowadzać zamętu i nie sugerować, że wiemy na pewno, jak było, tylko pokazywać pewne możliwości interpretacji – mówił w tym roku w Cedyni Rosik. Zauważył, że czasem naukowcy obawiają się przyznać, iż czegoś nie wiedzą, bo mogliby się spotkać z zarzutem: „To za co my mu płacimy z naszych pieniędzy?”.

Czy były dwie fazy bitwy?
Jak napisał w swej Kronice Thietmar, graf Zygfryd (czyli jego ojciec) i margrabia Hodon „starli się z Mieszkiem, odnieśli zrazu zwycięstwo, lecz potem w miejscowości zwanej Cidini brat jego Cidebur [prawdopodobnie Czcibor] zadał im klęskę”. Dość powszechnie wysnuto z tego zdania wniosek, że Czcibor uderzył w drugiej fazie bitwy. Ale – jak mówi Rosik – w tekście kronikarza nie ma dwóch faz. Hodon i Zygfryd jako jedyni nie zostali zabici przez Czcibora. – To jest dziwaczna narracja, bo walczyli z Mieszkiem, a zabił ich Czcibor – mówi Rosik. – Czy oni zginęli w bitwie, czy zostali wybici, co też jest możliwe, po poddaniu się? Tekst należy czytać w kontekście całościowym i dostrzegać, co Thietmarowi było potrzebne, by powstała piękna narracja. Widzimy, że to jest literatura. W Kronice Mieszko jest przeciwieństwem Chrobrego, który walczy z Niemcami [Thietmar pisał Kronikę już za czasów Chrobrego]. Po co Thietmarowi jest potrzebny Czcibor? Żeby był piorunochronem, który ściągnie odium zła, które spadłoby na Mieszka, wybijającego Sasów. To jest moja interpretacja, jedna z wielu możliwych. Ale w ramach spójności przekazu tekstu Thietmara pewne jest, że on nie chce pokazać Mieszka jako zabójcy, i to zabójcy Sasów. W tym momencie Czcibor spełnia bardzo konkretną rolę. (...) To fundamentalne kwestie: ile te narracje, opowieści i legendy dodają władcom. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że to była propaganda, ale to za mocne słowo – mówił profesor. – Zawsze należy pamiętać, że było dużo punktów widzenia. Historycy często tworzyli hipotezy, które potem były rozpowszechniane przez publicystów i dziennikarzy jako pewniki.

Zagadkowe słowa kronikarzy
Rosik mówił też o do dziś zagadkowych sformułowaniach średniowiecznych kronikarzy. Np. Widukind pisał o Mieszku jako przyjacielu cesarza, ale także, iż cesarz był przyjacielem Mieszka. Co to naprawdę znaczy? Do zrozumienia tych słów najbardziej przybliża egzegeza tekstów źródłowych narzędziami historii kultury, tak jak Rosik zrobił w przypadku Kroniki Thietmara. Nasz horyzont wiedzy w ten sposób poszerza się, choć polega to często na przedstawieniu kilku hipotez, a nie tej „jedynie słusznej”. I inaczej być nie może. Ponadto Thietmar pisze, że Mieszko płacił cesarzowi trybut aż do rzeki Warty. – To kolejny temat, który zajmuje historyków od stu kilkudziesięciu lat: co znaczy ten trybut do Warty? – pytał Rosik. – Jest też zapis, że Mieszko był wierny cesarzowi, a więc kimś zaufanym, bliskim. Ale to cały czas jest punkt widzenia strony saskiej, bo nie wiemy, co Mieszko o sobie myślał w tym kontekście. Niestety, nie mamy tu źródeł, jedynie przesłanki, że Mieszko nie musiał podzielać takiego punktu widzenia – stwierdził wrocławski historyk. Po cedyńskiej kampanii Mieszko przybył do Kwedlinburga na sąd cesarski, czyli – mówiąc inaczej – cesarz obu adwersarzy: Mieszka i Hodona skarcił jak ojciec niegrzeczne dzieciaki. Thietmar przedstawiał Mieszka na tym sądzie jako uniżonego wobec Hodona, ale Rosik oznajmił, że w tym miejscu po prostu nie wierzy kronikarzowi. Bo gdy Thietmar pisze o „uniżonym Mieszku”, to podkreśla przy tym: „Patrzcie, jak ten jego syn, Bolesław Chrobry, dziś się zachowuje! Taki bezczelny typ!”. A wszystko przez Ottona II, który wywyższył Bolesława, wzmacniając prestiż monarchii Piastów. Gdy Thietmar pisał swą Kronikę, to właśnie trwały wojny Chrobrego z cesarzem Henrykiem II i był bardzo rozeźlony na Chrobrego, opowiadając, jakiż to bezczelny typ. Dlatego Thietmar miał swój cel, by wykreować Mieszka na pokornego, z którego syn nie wziął przykładu – analizuje naukowiec.

Cedynia zasługuje na dalsze odkrywanie
Jeden ze słuchaczy konferencji zadał prof. Rosikowi pytanie, czy Czcibor mógł być cedyńskim grododzierżcą, czyli zarządzającym grodem (kasztelanem). Rosik odparł: – Ja w ogóle nie chciałbym się dać naciągnąć na to, że będę mówić, co mogło być. To jest moja szkoła.
Inny z prelegentów – dr Andrzej Janowski (z Ośrodka Archeologii Średniowiecza Krajów Nadbałtyckich w Instytucie Archeologii i Etnologii PAN) wtrącił: – Patrząc przez pryzmat źródeł archeologicznych, my nie wiemy, czy w X wieku w Cedyni istniał gród. Odnośnie Cedyni, źródeł archeologicznych i tego, co się tutaj działo, zbudowano piękną hipotezę, natomiast nikt dotychczas nie pokazał materiałów, na których ta hipoteza została zbudowana. Mamy wydmuszkę, którą gdybyśmy zaczęli rozbierać, to okazałoby się, że jest pusta w środku. Tak naprawdę ktoś chciał, żeby pewna historia wyglądała w ten, a nie inny sposób, natomiast nie jest w stanie tego udokumentować. Badania w Cedyni rozpoczęto w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych. Przez blisko 60 lat nikt dotychczas tak naprawdę nie opublikował materiałów archeologicznych z Cedyni. Więc jakiekolwiek dyskusje na temat co, gdzie, kiedy są po prostu oparte na mitach, a nie na faktach. Skoro prof. Rosik nie jest w stanie rozstrzygnąć, czy Cedynia to Cidini, to ja na podstawie archeologii też tego nie potrafię – pomnożył wątpliwości Janowski. Zaprezentował zestawienie militarnych znalezisk archeologicznych w rejonie Cedyni. Okazuje się, że w zasadzie nie ma starszych niż XI-wieczne, czyli o co najmniej sto lat młodsze niż cedyńska bitwa. – Czy są ślady działań zbrojnych? Nie. Czy na pewno? Też nie – podsumował. Przy okazji poinformowano słuchaczy, że wiele nieopracowanych archiwaliów z dotychczasowych wykopalisk w Cedyni i okolicy przechowywanych jest w miejscowym muzeum. A więc archeolodzy i historycy mają co robić.
Podczas konferencji podkreślano, że Cedyni nikt nie zamierza odbierać historii, zwłaszcza że narracje stworzone na bazie bitwy pod Cedynią same już stały się częścią historii, a na pewno historii polskiej kultury.

Raczej odmienną szkołę niż Rosik i Janowski reprezentuje prof. Edward Rymar. Wypowiadał się tego samego dnia przed telewizyjnymi kamerami pod Górą Czcibora. Stwierdził, iż dopóki ktoś nie udowodni, że bitwa była gdzie indziej, to nie ma sensu mówić o wątpliwościach. Uznał to nawet za szkodliwe politycznie.

Po pierwsze: nie kłamać
Parę godzin wcześniej prof. Rosik wypowiadał się dla wyemitowanej 29 czerwca audycji Radia Szczecin w cyklu „Machina czasu”, prowadzonego przez red. Agatę Rokicką: – Historycy są też od tego, by pilnować, aby konfabulacji było jak najmniej, bo niestety, nawet niektórzy nasi koledzy po fachu lubią czasem pofantazjować. Tylko zapominają powiedzieć, że to jest jedna z siedmiu możliwości i bronią tej jednej jak niepodległości. Potem mamy nieporozumienia, że dana teza przez ileś lat jest traktowana jako fakt, a następnie jest odkrycie, że to była tylko hipoteza, może nawet dosyć cienka, ale nadal wygodna – ocenił Rosik. Odniósł się też do bardzo popularnych rekonstrukcji czy inscenizacji historycznych: – Historia przeżywana w przestrzeni publicznej staje się dla historyków wyzwaniem: jak dotrzeć do tak szerokiego kręgu ludzi zafascynowanych pewnymi wyobrażeniami o przeszłości, wyobrażeniami o świecie, którego już nie ma, a wiążących z tymi wyobrażeniami określony system wartości? Dla tych rekonstruktorów to jest często pasja, coś niesamowicie ważnego, że można tylko podziwiać. Nie widziałbym ogólnie jakiegoś niebezpieczeństwa, natomiast problemem jest brak dialogu między środowiskiem akademickim a tego rodzaju środowiskami. (...) Trzeba wyostrzyć czujność, także historyków, by tak podawali swoją wiedzę, żeby nie tylko chcieć zadziwić świat, ale też pokazać, gdzie jest twardy grunt, na którym dzięki swoim badaniom można powiedzieć jeszcze coś pewnego, trzymać się przekazów źródłowych i ich analiz, a ile jest tu miejsca dla literatury, dla widowiska. Mówimy o rekonstrukcji bitwy, a może lepiej mówić „widowisko”? I to jest bardzo dobre słowo, bo jest to forma teatru i znika problem, czy akurat musiało się to dziać w tym samym miejscu, o tej samej porze. To jest kształtowanie pamięci, ale ze świadomością, że wkraczamy w obszar fabuły. Więc po co udawać, że się nie wkracza? Czyli chodzi o dyskurs między tym, co będzie naukowo weryfikowalne, a tym, co będzie przestrzenią działań artystycznych. Na pewno nie o to, by gasić tego ducha zainteresowania historią, lecz wykorzystać tę falę, by rzeczywiście podnosić poziom kultury historycznej, a nie traktować jej tylko użytkowo. Niektóre rzeczy poznaje się tylko częściowo. Chodzi o to, by jak najbardziej odpowiedzialnie uprawiać historię i po pierwsze – nie kłamać. Starać się dociekać na podstawie dostępnych źródeł, weryfikować te obrazy, które nam się narzucają. Jak się ostoją w tej naszej walce intelektualnej, to można ryzykować puszczenie ich w obieg dalej jako zasługujące na miano hipotez. Mam zawsze obawy, że jak resztę się dopowiada, to niestety, potem to, co zostało dopowiedziane, jest bardziej atrakcyjne niż to, co wynikało bezpośrednio ze źródeł. Nie powinno się zmyślać, zwłaszcza gdy to zmyślanie ma smutny interes, by wpływać na postawy społeczne dzisiaj i promować wzorce, które akurat nie wszystkim się muszą podobać. Mówię to, patrząc na przegląd literatury dotyczącej początków Polski. Obecnie powstają wielkie tomiszcza i różne dziwactwa się tam pojawiają. Ciągle się zastanawiam, jaka jest siła rażenia tego i ile my, historycy, będziemy mieli potem do odkręcenia, do poprawienia, do mówienia, że to wcale tak nie było lub że raczej tak nie było. Bo trudno często powiedzieć, jak było, gdy źródła są tak wycinkowe. Trzeba się zastanowić, czy tworząc atrakcyjną wizję, może nawet komercyjną, nie wylewa się dziecka z kąpielą. I czy nie obraża się pamięci o zmarłych. Ludzi sprzed tysiąca lat traktuje się nagle jak jakieś postaci fikcyjne, tekturowe, którym można nadać zupełnie nowe tożsamości – powiedział prof. Rosik.

Można przytoczyć w tym miejscu fragment tekstu, który napisałem w podsumowaniu cedyńskiej debaty w „Gazecie Chojeńskiej” osiem lat temu (wszystkie teksty są na naszej stronie internetowej w zakładce „Bitwa pod Cedynią a lokalna tożsamość”): „Zwycięstwo Mieszka nad Hodonem jest faktem, natomiast całokształt ówczesnych stosunków słowiańsko-polańsko-germańskich wyglądał zupełnie inaczej, niż się potocznie uważa. Ta bitwa nie była niczym typowym między Piastami a Germanami, nie może więc funkcjonować jako symbol. A tak właśnie funkcjonuje - tyle że to symbol czegoś, czego nie było. Jak pisze angielski historyk - polonofil Norman Davies, »nieprawdziwa jest legenda o tysiącletniej niepohamowanej wrogości polsko-niemieckiej. O dominacji zdecydowanego wzajemnego konfliktu można mówić tylko w odniesieniu do jednego z dziesięciu stuleci historii. Na dekadach między rokiem 1870 a 1970 cieniem położył się ksenofobiczny nacjonalizm. Były one też świadkami jednych z najgorszych i najbardziej nieludzkich czynów w historii Europy. Nie można ich jednak uznać za typowe«. Davies mówi też, podobnie jak wielu innych historyków, że polska granica zachodnia była najspokojniejszą z naszych granic w ponad 1000-letniej historii państwa polskiego, była też jedną z najspokojniejszych granic w całej Europie!”.

Szkoła pokory
Historyczną szkołę prof. Rosika można nazwać szkołą pokory. Pokory wobec niedoskonałości naszej wiedzy, wobec złożoności świata i ułomności człowieka. Wypływa z tego trzeźwiące poczucie, że w naszym kruchym życiu krucha jest też nasza wiedza, a rzeczy naprawdę pewnych jest niewiele. To zresztą morał nie tylko dla naukowców, lecz dla każdego człowieka: istnieją różne poglądy, różne punkty widzenia i różne perspektywy. Nasza jest tylko jedną z wielu. Inne perspektywy widzenia tych samych wydarzeń mają nie tylko przedstawiciele odmiennych narodowości, ale nierzadko nawet osoby sobie najbliższe: przyjaciele, rodzeństwo, małżonkowie. I choć bylibyśmy w pełni przekonani do swych racji, to zawsze istnieje coś, czego nie wiemy, a co mogłoby radykalnie zmienić nasze postrzeganie jakichś zagadnień, innych ludzi, świata. Jak powiedział Rosik, zawsze należy pamiętać, że było dużo punktów widzenia, a historycy często tworzyli hipotezy, które potem były rozpowszechniane przez publicystów i dziennikarzy jako pewniki.
Mnogość wątpliwości i hipotez wcale nie musi zniechęcać do poznawania świata minionego czy współczesnego. Wręcz przeciwnie, może jeszcze bardziej rozbudzać ciekawość wobec rzeczywistości, która w ten sposób jawi się jako barwniejsza, żywsza, bardziej interesująca niż ta, którą przedstawia nam się za pomocą jednoznacznych i „pewnych” twierdzeń. Bo pewniki (jeżeli w ogóle są pewnikami) paradoksalnie zamykają drogę poznania, gdyż ją kończą. A wątpliwości – wręcz przeciwnie.

Vollständiger Text/ cały tekst: http://gazetachojenska.pl/gazeta.php?numer=15-30&temat=3
Veröffentlichung/ data publikacji: 16.08.2015