Polacy i Niemcy z Zielina spotkali się po latach

Niemcy nie chcieli stąd wyjeżdżać, Polacy tu przyjechać.

Po ponad 60 latach od zakończenia drugiej wojny światowej coraz więcej osób uświadamia sobie, że dramatyczna odmienność losów może łączyć oba narody.

Friedrich Wilhelm Mannigel przyjechał do Zielina koło Mieszkowic po raz trzeci. Od czasu, gdy był tu Sellin zmieniło się bardzo wiele. Poruszający się z trudem o lasce 81-latek doskonale jednak przypomina sobie, gdzie przed wojną stała szkoła, gdzie była gospoda, gdzie kto mieszkał. Za każdym razem, gdy ogląda budynek, wydaje mu się znajomy, mężczyzna wyraźnie ożywia się.

- Moja rodzina była tu od zawsze, z dziada pradziada - opowiada Friedrich Mannigel. - Gospodarstwo ojciec przekazywał zawsze najstarszemu synowi. I tak było przez całe pokolenia.

Chcieli wrócić

Powtarzalność losu przerwała dopiero wojna. Po jej zakończeniu 950 mieszkańców Sellina musiało opuścić rodzinną miejscowość. Wtedy wielu z nich nie myślało, że na zawsze.

Część Niemców przeniosła się tuż za Odrę, by w każdej chwili móc wrócić. Inni wyjechali transportem kilkaset kilometrów dalej, do Westfalii. Na ich miejsce przyjeżdżali Polacy. Powoli zajmowali domy, gospodarstwa. Podobnie jak Niemców, przez długi czas nie opuszczało ich poczucie tymczasowości sytuacji, a także miejsca, w którym się znaleźli.

- Przywozili nas pociągiem do Mieszkowic, a stamtąd rozjeżdżaliśmy się po okolicy - wspomina Zofia Jarema, 78-letnia mieszkanka Zielina. - Wioska była bardzo zniszczona. Domy stały puste, tylko sześć rodzin tu mieszkało. Wszyscy mówili, że my tylko tymczasowo tu jesteśmy, że zaraz będziemy wracać na Ukrainę, skąd przyjechaliśmy.

- Smutny był Zielin w 1945 - dodaje Genowefa Bilawska, także mieszkanka wioski. - Niemcy stali na ulicy i płakali, a my razem z nimi. Baliśmy się wejść do domów. Nie wiedzieliśmy, co w nich jest.

Wypędzili ich ze wschodu

Większość mieszkańców dzisiejszego Zielina pochodzi z okolic Lwowa. Po 1945 roku stali się tam tak samo niechcianymi osobami, jak Niemcy na nowych terenach polskich.

- Banderowcy dwa razy na nas napadli i wymordowali część naszych - opowiada pani Genowefa. - My tu nie chcieliśmy przyjeżdżać. Wypędzili nas Ukraińcy, wsadzili do pociągów i wywieźli jak bydło.

Przyjeżdżali, oglądali

Niewiele z pierwszych lat polskiego Zielina przypomina sobie Anna Drużga. Do wioski przyjechała w 1946 roku, gdy miała 4 lata. Wcześniej mieszkała pod Lwowem. Jej ojciec dotarł do wioski z frontem, a ona po zakończeniu działań wojennych, dojechała tu z matką i braćmi.

Z Niemcami, którzy odwiedzali po wojnie swój dawny dom, kontakty utrzymywała od lat siedemdziesiątych.

- Przyjeżdżali do nas jeszcze przed stanem wojennym - opowiada. - Ubierali moje dzieci, przywozili słodycze. My im dawaliśmy miód, jajka, śmietanę. To, co wtedy mieliśmy. Raz nas nawet zaprosili do siebie, do Niemiec. Ale nie mieliśmy samochodu. Nie było więc jak jechać.

Jednak pojechali

Wycieczka do NRD doszła jednak do skutku.

- Syn tej starej Niemki przyjechał po nas - wspomina pani Anna. - Poobwozili nas wszędzie, zrobili zakupy i odwieźli do domu. Zaprosiliśmy ich potem na ślub córki. I przyjechali. Kontakt urwał się w 2003 roku, gdy zmarła Niemka, co to tu mieszkała przed wojną.

Pani Anna nie raz była pytana, czy po tych wszystkich okrucieństwach, jakie przyniosła wywołana przez nazistów wojna, można żyć z Niemcami w zgodzie. Czy nie denerwuje ją, gdy Niemcy przyjeżdżają do Zielina i pokazują, co należało do nich.

- Nie mam żadnego urazu - mówi. - To była wojna. Nas też wywieźli. Ta Niemka, co tu mieszkała, opowiadała, że 20 lat mieszkała w Poznańskiem, potem 20 lat tutaj i 20 lat w Niemczech. Często powtarzała, że sami już nie wiedzą, gdzie jest "nasze”.

Polska inicjatywa

Spotkania dawnych niemieckich i obecnych polskich mieszkańców odbywają się na Pomorzu Zachodnim od kilku lat. Organizuje je Polsko-Niemieckie Towarzystwo Brandenburgii, przy współudziale miejscowych.

Czerwcowe spotkanie w Zielinie było jednak szczególne. Po raz pierwszy inicjatywa wyszła ze strony polskich mieszkańców.

- Podobnych spotkań było już kilka, ale tym razem to Polacy poprosili nas o zorganizowanie takiego spotkania, a nie jak dotąd bywało dawni mieszkańcy niemieccy - mówi Elvira Profe-Mackiewicz, Niemka mieszkająca w Mieszkowicach, współorganizatorka spotkania. - To mnie najbardziej ujęło.

Dla młodych to też ważne

Mimo upływu dziesięcioleci, dawni mieszkańcy niemieckiego Sellina starają się nie tracić ze sobą kontaktu. Od czternastu lat, raz w roku spotykają się w Niemczech.
Rdzennych mieszkańców jest wprawdzie coraz mniej, ale ci co pozostali, przywożą na spotkania swoje dzieci, a nie rzadko i wnuki. Powojenne losy Polaków i Niemców przestają być bowiem tematem ważnym tylko dla najstarszego pokolenia. Także do Zielina wielu młodszych Niemców przywiodło zainteresowanie historią miejsc, z których pochodzą ich rodzice. Jak sami przyznają, chęć odkrywania rodzinnej historii, rodzi się z wiekiem.

- Wcześniej interesowałam się wojną, ale nie historią miejsca, z którego pochodzi moja mama - opowiada Barbara Jahn, z Berlina, która na spotkanie do Zielina przyjechała z ojcem. - Chyba po raz pierwszy tak mocno dotarło do mnie, jak wiele wspólnego jest w losie zwykłych ludzi. Wcześniej Polaków i Niemców zawsze stawiano na przeciwko siebie, pokazując tylko różnice.

Vollständiger Text/ cały tekst: http://www.gs24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20080704/MAGAZ...
Veröffentlichung/ data publikacji: 04.07.2008