Życie po Oświęcimiu

Po wybuchu Powstania Warszawskiego tylko w czterech transportach hitlerowcy deportowali do Auschwitz 13 tys. mieszkańców stolicy. Wśród nich była Marianna Bocian z czterema córkami. Gdy pięć miesięcy później żołnierze Armii Czerwonej weszli do obozu, zastali w nim ledwie trzystu „politycznych” z Warszawy. Pozostali nie przetrwali nieludzkich warunków albo zostali wywiezieni przez Niemców.

- Znalazłyśmy się z mamą w tej drugiej grupie – opowiada Janina Łopatko, najmłodsza córka Marianny i Józefa Bocianów. – To oznaczało dalszy ciąg naszej gehenny.

Pani Janina zaparzyła herbatę.

- Chciałabym zapomnieć o obozie – mówi. – Byłam wtedy jeszcze dzieckiem. Po tylu latach nie mogę przestać płakać. Proszę dać mi trochę czasu.

Umówiliśmy się na następne spotkanie.

- Zadzwonię do Marysi, mojej starszej siostry – zaproponowała na koniec. – Ona może więcej pamiętać. Poza tym razem będzie nam łatwiej.

Początek powstania

Kończył się lipiec 1944 roku w okupowanej Warszawie. Dwadzieścia cztery lata wcześniej Józef Bocian na przedmieściach stolicy bił się z bolszewikami. Potem leczył w szpitalu ciężką ranę zadaną mu przez rosyjskiego piechura. Cztery lata po sławnej wiktorii ożenił się z Marianną Szczęsną i przeprowadził do Warszawy. Tam poszedł do pracy w oczyszczaniu miasta. Pensja i renta wojennego inwalidy wystarczyły na utrzymanie żony i czterech córek. Mieszkali na parterze kamienicy przy Żytniej 18 na Woli. W styczniu 1944 roku najstarszą z dziewcząt, Józefę, wydał za mąż za Janka Anckiewicza. Codziennie przed siódmą wychodził do pracy. Robotę przeplatał z wyjazdami na wieś po żywność, której brakowało w Warszawie. Polnymi drogami i skrótami na przedmieściach przemycał rowerem jajka, warzywa, mąkę a czasem mięso.

- Kończyłam wtedy 17, Józia 20 a Antosia 18 lat – zaczyna Maria, gdy spotykamy się w jej domu w pierwszą sobotę stycznia. – Wszystkie pracowałyśmy. Dlatego pierwszego sierpnia po śniadaniu pobiegłam na przystanek tramwajowy na rogu Okopowej i Leszna. Stamtąd ósemką dojeżdżałam do niewielkiego zakładu niklowania i chromowania na Książęcej. Na miejscu okazało się, że nikt poza mną i koleżanką nie przyszedł do pracy. Po namyśle zaszłyśmy do kościoła na Placu Trzech Krzyży. A tam niecodzienny jak na tą porę widok. Do spowiedzi ustawiły się kolejki młodzieży. Wyczuwało się jakąś szczególną atmosferę. Dochodziło południe, gdy wróciłam do domu. Nikogo w nim nie było.

- Byłyśmy z mamą odwiedzić ojca w pracy – wspomina Janina, rocznik 1931. – Ledwie dotarłyśmy do domu, gdy padły strzały. Nie wiedziałyśmy jeszcze, co się dzieje.

Zaczęło się powstanie. O wpół do piątej strzelanina przeniosła się w bliskie sąsiedztwo kamienicy Bocianów. Po walkach z policją powstańcy opanowali Żytnią i kilka sąsiednich ulic. Przy Stawki zdobyli wielkie magazyny Waffen SS z żywnością i umundurowaniem, obsadzili cmentarz żydowski i powstrzymali atak Wehrmachtu od Żytniej na Nowolipki.

- Nadszedł wieczór, a ojca jeszcze nie było w domu – kontynuuje Janina. – Martwiłyśmy się o niego. Gdy wreszcie wrócił powiedział, że zaczęło się powstanie. Mama spakowała najbardziej potrzebne rzeczy i przenieśliśmy się do piwnicy. Odtąd tylko w dzień zakradaliśmy się do domu, żeby coś zjeść.

Zostajemy

W nocy wyrosły barykady na Żytniej i Okopowej. Pod osłoną ciemności powstańcy przegrupowali siły w rejony jeszcze obsadzone przez Niemców. Nazajutrz bili się ze spadochroniarzami z dywizji „Hermann Goering”, którzy próbowali przebić się do wschodniej części dzielnicy. Walki przeciągnęły się na kolejny dzień. Wieczorem niemiecką operację wspierały naloty.

- Ziemia drżała i wydawało się, że dom zaraz się rozpadnie i zginiemy pod gruzami – opowiada Janina. - Powietrze rozdzierał przerażający huk. Do piwnicy wdzierał się kurz i dym, chociaż jeszcze przed wojną zabezpieczono małe okienka workami z piaskiem. Modliliśmy się o życie.

W sąsiedztwie kamienicy Bocianów od bomb zapaliła się stolarnia i fabryka słomianek.

- Baliśmy się, że pożar przeniesie się na nasz budynek – wspomina Janina. – Ojciec z sąsiadami przez okna w strychu posypywał dach piachem. Futryny w oknach okładaliśmy mokrymi szmatami.

Nad ranem piątego sierpnia Niemcy przeszli do brutalnej ofensywy. Podpalali zdobyczne kamienice. Ludzi wyciąganych ze strychów i piwnic używali jako „żywych tarcz” do osłony nacierającej piechoty i czołgów. Rozstrzeliwali pojmanych i rannych powstańców, kobiety z dziećmi oraz personel i pacjentów zajętych szpitali. Na placach i podwórkach palili ciała zabitych w masowych egzekucjach.

- Ojciec zdecydował, że nie możemy dłużej siedzieć i czekać – opowiada Maria. – Planował, że wyprowadzi nas z Żytniej i ukryje gdzieś na cmentarzu. Czekaliśmy, aż zapadną ciemności. Wystarczyło jednak odejść kilka kroków od domu, żeby porzucić ten pomysł. Wokół szalały pożary a w każdej chwili można było zarobić kulkę. Wtedy mama zdecydowała, że zostajemy.

Was wiozą do Oświęcimia

Przez kilka następnych dni powstańcy rozpaczliwie bili się na Woli o utrzymanie swoich pozycji. 10 sierpnia dowódca zgrupowania zdecydował o jego ewakuacji z tego rejonu.

- Usłyszeliśmy nawoływania po niemiecku: wychodzić! Wychodzić! – wspomina Maria. – Nie czekaliśmy aż nas spalą albo wysadzą w powietrze. Nim kazano nam dołączyć do kolumny mama zdążyła jeszcze wbiec do domu. Zabrała z kuchni naleśniki, które zdążyła usmażyć przed nadejściem Niemców.

- To był straszny pochód – dodaje Maria. – Esesmani zabijali tych, którzy zostawali z tyłu. Przed mijanymi przez nas domami siedzieli roześmiani żołdacy. Muzyka ryczała z gramofonów a oni pozowali do zdjęć w apaszkach i ubraniach zrabowanych w zdobytych mieszkaniach.

Kolumna dotarła do obozu przejściowego przy kościele świętego Wojciecha. Na postoju esesmani oddzielili kobiety i dzieci od mężczyzn.

- Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że ostatni raz widzimy naszego tatę – opowiada Janina. –Ruszyliśmy dalej i dotarliśmy do obozu w Pruszkowie. Nazajutrz załadowano nas do pociągu towarowego i ruszyliśmy w drogę.

- Nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy – kontynuuje Maria. – Zatrzymaliśmy się w Łowiczu. Ludzie podchodzili do wagonów i pytali się, czy nam coś podać. Potem znowu ruszyliśmy w drogę. Wydawało się, że wracamy z powrotem do Warszawy. Następny przystanek wypadł w Skierniewicach. Do wagonu podszedł jakiś mężczyzna z butelką wody. Powiedział: Jak możecie to wysiadajcie, bo was wiozą do Oświęcimia.

- Byliśmy jednak zbyt dobrze pilnowani, żeby uciekać w piątkę – wspomina Janina. – Żadnej z nas nie przyszłoby do głowy, żeby oddzielić się od reszty. Poza tym jeszcze nie wiedziałyśmy co to Oświęcim.

Czyściec

12 sierpnia pociąg zatrzymał się na bocznicy obozu koncentracyjnego Auschwitz – Birkenau.

- Nie pamiętam jak długo jechaliśmy w ciemnym i zimnym wagonie – kontynuuje Janina. – Był już wieczór gdy otwarto drzwi wagonu i usłyszeliśmy: raus! Uderzyły nas w oczy ostre światła reflektorów. Gdy wzrok przywykł do światła zobaczyliśmy, że pociąg jest otoczony przez esesmanów z psami. Ich ujadanie zaraz zmieszało się z płaczem przerażonych małych dzieci.

- Krzyczano do nas: nie dotykać drutów – dodaje Maria. – W pośpiechu ustawiono nas w kolumnie. Każdej czynności towarzyszyły wrzaski i bicie. Rozejrzałam się wokoło. Ludzie stali złamani, zupełnie bezsilni. Pomyślałam, że jesteśmy w czyśćcu. Potem zaprowadzono nas do baraku pełnym pościeli zrabowanej z kolejnych transportów. Stłoczeni i przerażeni spędziliśmy w nim pierwszą noc.

- Nazajutrz formalnie staliśmy się więźniami Oświęcimia – opowiada Janina. Próbuje odtworzyć w pamięci kolejność wydarzeń. – Najpierw kazano nam oddać wszelkie posiadane przez nas rzeczy. To, co wieźliśmy w bagażu, pieniądze, trochę ubrań, przybory toaletowe, wszystko skrupulatnie odnotowano i zapakowano do papierowej torby z obietnicą zwrotu przy opuszczaniu obozu. Potem ogolono nam głowy i zabrano ubrania. Zostawili mi jednak mój beret i płaszcz.

- Miałam trochę mniej szczęścia – wspomina Maria. – Wydawanie nowych ubrań polegało na tym, że wyciągano nam je ze stosu na chybił trafił. Dostałam takie, które kompletnie na mnie nie pasowały. Nie było jednak czasu na zamianę. Zaraz trafiliśmy do łaźni a nasze ubrania do dezynfekcji.

- Kąpiel była wstydliwa i poniżająca – kontynuuje Janina. – Nigdy dotąd nie widziałyśmy nagości naszych matek, babć i sióstr. Teraz siedziałyśmy na betonowej posadzce i zasłaniałyśmy ciało przed wzrokiem esesmana, który ze szpicrutą przechadzał się po łaźni.

Polityczni i głodni

- Po kąpieli dostałyśmy odzież z dezynfekcji – relacjonuje Maria. – Była jeszcze sztywna i zdeformowana. Ubrałyśmy się jednak, bo czekała nas rejestracja. Na skrawkach materiału dostałyśmy numery oraz czerwony trójkąt. Kazano nam je przyszyć do ubrania. Przestałam być Marią. Stałam się numerem 85 227.

- Na plecach zrobiono nam farbą czerwony pas – dodaje Janina. - Ten kolor przysługiwał więźniom politycznym. W wieku trzynastu lat stałam się jednym z ich, oznaczonym numerem 85 225. Niektórzy nas później wyzywali od powstańczyków, od politycznych z Warszawy. Po rejestracji w obozowych papierach zaprowadzono nas pod eskortą do Brzezinki. Oddzielono mnie od mamy, Marysi, Józi i Antosi. Trafiłam do bloku numer szesnaście, do dzieci. Byłam przerażona i płakałam. Nie wiedziałam czy je kiedykolwiek jeszcze zobaczę.

- Byłyśmy załamane rozdzieleniem z Jasią i warunkami w bloku - opowiada starsza z sióstr. – Chłód, głód, wszy, pluskwy i świerzb oraz sen na zatłoczonych pryczach. Do tego bezwzględny nakaz stawiania butów na ziemi. Niektórzy dla wygody albo ze strachu przed kradzieżą kładli je pod głowę. Podczas wizytacji bloku pewna staruszka nie zdążyła postawić je przed pryczą. Wtedy esesman zbił ją szpicrutą.

- Najbardziej jednak dokuczał nam głód – wspomina Janina. - Rano dostawaliśmy mannę na wodzie, potem kawałek chleba z margaryną i łyżką marmolady oraz odrobinę cukru. Byliśmy ciągle niedożywieni.

- Różne potrawy stały się częstym tematem w bloku - dodaje Maria. – Rzeczywistość była jednak brutalna. Ludzie przyciśnięci głodem zabierali skąpe racje słabszym od siebie. Dlatego do jedynej toalety ustawiały się kolejki kobiet z pajdami chleba w rękach. Nikt nie zostawiał swojej porcji poza zasięgiem wzroku. Wtedy to się nie nazywało kradzieżą, lecz organizacją. Kiedyś Antosia przyniosła mi kawałek brukwi przemycony z roboty przy przebieraniu. Blokowa odkryła sprawę. Uderzyła mnie w twarz i zabrała posiłek.

Zostałyśmy same

- W moim bloku były też cygańskie i rosyjskie dzieci – wspomina Janina. – Te najmniejsze musiałyśmy wyprowadzać do prowizorycznej toalety. Co jakiś czas czyściłyśmy wiadra, do których się załatwiały. Wszelkie zabawy były zabronione.

- Najgorsze były jednak apele – twierdzi dziś Maria. - Czyli kilkugodzinne stanie na dworze, bez względu na deszcz, śnieg, mróz czy upał. Do tego co jakiś czas blokszpery, niezapowiedziane wizyty składane nam wtedy, gdy podejrzewano, że ktoś posiada na przykład antyniemieckie ulotki. Wszyscy musieliśmy stać przed blokiem, a w środku trwała rewizja. Nie wolno nam było za to wychodzić z bloku, gdy prowadzono ludzi na zagładę. Wiedziałyśmy jednak o zbrodniach i powtarzałyśmy sobie, że musimy się trzymać razem i przeżyć. Na początku października spadła na nas wiadomość, że pójdziemy na transport.

- Mama mieszkała wtedy w bloku siedemnastym, dla matek – opowiada Janina. – Gdy siostry wyjeżdżały z obozu, chciała się z nimi pożegnać. Blokowa nie chciała jej jednak wypuścić. Szczęśliwie wmieszała się w grupę wynoszącą z budynku zwłoki kobiety. Tak udało jej się dostać w pobliże ich bloku.

- Widziała jak nas zabierają na rampę – relacjonuje Maria. – Płakałyśmy. Rozstanie bardzo bolało. To trzeba przeżyć, żeby zrozumieć, co czułyśmy. Dla otuchy powtarzałyśmy sobie, że tam gdzie jedziemy będzie lepiej i kiedyś znów się spotkamy.

- Zostałyśmy same – kontynuuje Janina. – Czasami mamie udało się zbliżyć do mojego bloku i ukradkiem podać mi kawałek chleba. Raz blokowa to zauważyła. Podbiegła do mamy i uderzyła ją w twarz. Trafiały się różne blokowe. Wulgarne, skore do karania biciem i wyzywania za byle co. Trzymałyśmy się jednak życia. Koniecznie chciałyśmy przeżyć.

Odkładałyśmy chleb na wigilię

9 października pociąg zatrzymał się w na rampie obozu koncentracyjnego Flossenburg.

- Najpierw przeszłyśmy podobne obrzędy jak w Oświęcimiu – opowiada Maria. – Odwszawianie, kąpiel i rejestracja.

Odtąd Maria była numerem 55 267.

- Potem poszłyśmy do pracy w zakładzie, który produkował części do samolotów i łodzi podwodnych – kontynuuje. - Był tam jeden Niemiec, który często zostawiał nam zupę. Prosił, żeby nikomu o tym nie mówić. Znowu walczyłyśmy o przetrwanie. Szła zima. Dostałam starą jesionkę. Z podszewki rękawów siostry zrobiły mi pończochy. Musiałam jednak wyglądać bardzo biednie, bo na jednym z apeli starsza obozu wywołała mój numer. Pewna obaw wystąpiłam z szeregu. Bałam się, że może będą chcieli mnie rozstrzelać. Wtedy ona zabrała mnie ze sobą do magazynu odzieży. Tam dostałam sweter, w którym były wszy uduszone podczas dezynfekcji. Mimo to cieszyłam się. Do dzisiaj nie mogę wytłumaczyć tego odruchu naszej przełożonej.

Zbliżało się Boże Narodzenie.

- Od kilku dni odkładałyśmy chleb na wigilię – wspomina. - Któregoś dnia esesmani zrobili i zwinęli nam wszystkie zapasy. Potem zbliżała się wiosna i rygory nieco zelżały. Zaczęliśmy się buntować przeciwko jedzeniu obierek. Wtedy zamiast bicia tłumaczono nam, że są problemy z dostawą żywności. Słabsi umierali z głodu a żyjący jeszcze marzyli o jedzeniu. W marcu rozeszła się po obozie pogłoska, że czeka nas następny transport. Mówiło się także o wymordowaniu wszystkich więźniów w ramach likwidacji obozu. Niektórzy nie wytrzymywali psychicznie. Nasza znajoma Jasia twierdziła, że przychodzi do niej ojczym i każe jej się rzucić na druty. Wcześniej widziała jak rozstrzelano jej matkę. Gdy w dniu wyjazdu wypędzano nas z bloku stała nieruchomo i rozglądała się wokoło. Esesman zastrzelił ją bez oporów. Zapakowano nas do wagonów towarowych i ruszyłyśmy w drogę.

Wolność

Był styczeń 1945 roku. Do Oświęcimia zbliżał się front. Załoga obozu pośpiesznie niszczyła wszelkie dowody ludobójstwa. Płonęły dokumenty z rejestrami więźniów i baraki, w których przechowywano zrabowane mienie. Pod okiem esesmanów więźniowie rozbierali piece i budynek krematorium.

- Doczekałyśmy dziesiątego stycznia, dnia, w którym wywieziono nas z Oświęcimia do Rzeszy – opowiada Janina. – Przy opuszczaniu obozu z zarekwirowanych nam rzeczy oddano mamie tylko nasze zdjęcie z zabawy choinkowej, zrobione jeszcze przed wojną.

W marszach śmierci wyprowadzono z Auschwitz prawie sześćdziesiąt tysięcy więźniów. W szaleńczym tempie pędzono ich na dworce kolejowe w Gliwicach i Wodzisławiu Śląskim.

- To była gehenna – relacjonuje Janina. – Najsłabsi umierali po drodze albo dobijała ich eskorta. Esesmani wyładowywali na nich swoją agresję, za to, że muszą z nami iść. Biciem poganiali tych, którzy nie mogli nadążyć za resztą.

Dwa dni później, 12 stycznia 1945 roku, w jednym z berlińskich urzędów pracy, wydano Mariannie Bocian kartę zatrudnienia w Blankenberg, na północno – wschodnich przedmieściach stolicy.

- Stamtąd codziennie jeździłyśmy metrem na porządkowanie Berlina po nalotach – opowiada Janina. – Razem z innymi kobietami z naszego transportu sprzątałyśmy gruzowiska i czyściłyśmy cegły. Później zatrudniano nas do kopania okopów i rowów przeciwczołgowych. Podczas bombardowań nie wpuszczano nas do schronów. Pozostawała nam tylko modlitwa o życie.

W kwietniu front dotarł pod Berlin.

- Zapanował kompletny chaos – relacjonuje. - Nie dostawaliśmy jedzenia. Kilkaset metrów od obozy na bocznicy stały wagony kolejowe z kartoflami. Kto tylko mógł szedł po nie i gotowaliśmy je na prowizorycznych paleniskach z poukładanych cegieł. Wreszcie nadszedł dzień wolności. Dwudziestego drugiego kwietnia do dzielnicy, w której pracowałyśmy, weszli Rosjanie. Odprowadzili nas na tyły, do wielkiego gospodarstwa na głębokich przedmieściach. Tam pozwolono nam przenocować i zjeść. Mama ugotowała nam rosół z kury, którą dostała od jednego z żołnierzy. Jadłam powoli i cieszyłam się smakiem jedzenia. Następnego dnia dotarłyśmy do polskich żołnierzy. Mogłam wyrzucić stare drewniaki, bo jeden z oficerów dał mi nowe pantofle. Potem umieścił nas w samochodzie jadącym po zaopatrzenie do Morynia. Przejechaliśmy Odrę po moście pontonowym w Gozdowicach. Ostatecznie zawieziono nas do Mieszkowic.

Nie ma dokąd wracać

- Wysiadłyśmy na rynku i poszłyśmy do wojskowego komendanta miasteczka – kontynuuje Janina. - Powiedział nam: Do Warszawy nie macie po co wracać. Miasto jest kompletnie zniszczone. Tutaj dostaniecie mąkę, upieczecie chleb, znajdziecie jakiś kąt na mieszkanie, a jak odnajdziecie rodzinę, to będziecie mogli lepiej się zorganizować. Po noclegach w kilku różnych miejscach pierwszego maja na stałe przenieśliśmy się do domu, w którym mieszkam do dzisiaj. Nie wiedziałyśmy jednak nic o losie sióstr, ojca i szwagra.

- Tymczasem zawieziono nas do obozu w Ravensbruck – opowiada Maria. - Po paru dniach znów wsadzili nas do wagonów. Nie pamiętam jak długo trwała podróż. Na początku maja znalazłyśmy się w Pradze. Staliśmy na bocznicy. Mimo pogróżek eskorty ludzie podrzucali nam jedzenie. Potem wziął nas w opiekę Czerwony Krzyż. Rannych i chorych zabrano do szpitali i ambulatoriów. Ja również tam trafiłam, bo wcześniej skaleczyłam się w stopę i wdało się zakażenie. Na mój żałosny widok zakonnice się rozpłakały. Nie do końca rozumiałam ich język, ale pierwszy raz od dawna ktoś tak ciepło się do mnie zwracał. Po zabiegu obudziły mnie z narkozy syreny obwieszczające koniec wojny. Ludzie całowali się z radości, rzucali się w sobie w ramiona.

W szpitalu przybywało chorych.

- Dlatego jak trochę wydobrzałam, to pewna Czeszka zabrała mnie do siebie domu – kontynuuje Maria. - Dała mi trochę ubrań. Kilka dni później razem z byłymi robotnikami przymusowymi załapałam się na pociąg do Warszawy. Płakałam, gdy wjeżdżaliśmy do ukochanego miasta. Pierwszą noc spędziłam na dworcu. Rano poszłam do domu. Zamknęłam oczy gdy skręcałam w Żytnią. Gdy je otworzyłam, zobaczyłam nasz dom. Zostały z niego tylko mury i brama. W środku wszystko było spalone. Dzięki karteczce zawieszonej na bramie trafiłam do krewnych na Śliskiej. Potem po różnych perturbacjach, noclegach u znajomych, u cioci pod Warszawą i u wujka we Wschowie spotkałam się z Józią i Antoniną. Teraz pozostało nam odnaleźć resztę rodziny. Przez pocztę wojskową wujek dowiedział się o miejscu pobytu mamy z Jasią. W październiku wybrałam się w podróż do Mieszkowic. Pociągiem dotarłam do Kostrzyna a stamtąd dalej poszłam na pieszo. Gdy zbliżałam się w Mieszkowicach do domu wskazanego w adresie, mama wypatrzyła mnie przez okno. Wybiegła mi na spotkanie.

- Płakałyśmy ze szczęścia – relacjonuje Janina. – Potem dojechały do nas Józia i Antosia. Niczego jednak nie wiedziałyśmy o losach taty i szwagra. Mama koniecznie chciała wracać do Warszawy. Wierzyła, że tata i Janek wrócą. Nie było jednak dokąd wracać. W Warszawie nie miałyśmy już domu.

Życie po Oświęcimiu

- Szukałyśmy informacji o tacie i Janku – wspomina Janina. – Przez Czerwony Krzyż dowiedziałyśmy się, że 13 sierpnia 1944 roku ojciec trafił do obozu w Buchenwaldzie. 8 marca następnego roku trafił do Bergen – Belsen. Tam ślad po nim zaginął. Nigdy nie poznałyśmy losów Janka.

- Musiałyśmy nauczyć się życia bez nich – dodaje Maria. – Związałyśmy się z nowymi miejscami. Założyłyśmy rodziny, poszłyśmy do pracy. Wydawało się, że zapomnimy o koszmarze.

- Mama zmarła w 1980 r. – opowiada Janina. – Sześć lat temu odeszła Józia. Zostałyśmy w trójkę. Żyjemy z obozem w pamięci, bez możliwości usunięcia z niej wspomnień. Nie da się żyć „po” i wspominać tylko „przed”. Kiedyś było trochę łatwiej, gdy myśli zajmowały dzieci i praca. Teraz tamte obrazy wracają. Próbujemy z nimi żyć.

Gazeta Wyborcza, 27 stycznia 2006

Beiträge aus der deutsch-polnischen Grenzregion

Vielleicht interessieren Sie sich für einen der aktuellen Beiträge aus der deutsch-polnischen Grenzregion: