Nowe pokolenie – przyszłość pogranicza - Polacy i Niemcy na granicy. Fakty i mity

KOLEJNY raz, za sprawą polityki i wyborów, wraca temat wspólnego życia Polaków i Niemców w regionie przygranicznym. Niestety, po raz kolejny dowiadujemy się głównie o minusach czy też cieniach tej koegzystencji. A warto powiedzieć sobie, skąd biorą się napięcia, a przede wszystkim obalić kilka mitów i stereotypów, podsycanych przez niemieckich neofaszystów i niektórych polskich polityków.

Do napisania tego tekstu skłoniły mnie nie tylko antypolskie plakaty NPD, ale także dyskusja nad „polityką historyczną” przy okazji rocznicy 1 września. Za dużo bowiem myślimy o przeszłości i za mocno pamiętamy rany, a za mało zastanawiamy się nad tym, co się zmieniło i co trzeba jeszcze zrobić. Myśl, że warto ponownie pochylić się nad przeplatającymi się losami Polaków i Niemców, naszła mnie, kiedy 1 września, w 70-rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej, prowadziłem swojego 4-letniego syna do przedszkola w niemieckim Tantow…

Ale zacznijmy od małego eksperymentu i wyobraźmy sobie niewielką wioskę lub miasteczko w Polsce, w pobliżu zachodniej granicy. Klasyczna prowincja, choć niedaleko jest duże miasto wojewódzkie, sennie. Średnia wieku dość wysoka, młodzi uczą się w szkołach i na studiach, są tylko gośćmi podczas wakacji. Kilku średnich rolników, kilkanaście osób u nich pracujących, sklepik, jakaś piekarnia i reszta mieszkańców, żyjąca z opieki społecznej, bo w gminie jest prawie 20-procentowe bezrobocie. I oto dość nagle, w ciągu roku-dwóch lat sprowadza się do tej miejscowości kilkuset Niemców, zaczynają stanowić około 20 proc. mieszkańców, są w większości młodzi, z dziećmi. Mało tego: są aktywni. Najpierw wynajmowali domy, teraz je kupują i remontują, zakładają własne biznesy, posyłają dzieci do przedszkola, szkoły. A teraz najgorsze – zaczynają mieć własne ambicje polityczne! Zakładają stowarzyszenie, zapisują się do jakiejś partii i (o zgrozo!) startują w wyborach samorządowych…

Nie wiem, jak Państwo, ale ja oczyma wyobraźni widzę, co się dzieje: pielgrzymki „prawdziwych Polaków”, manifestacje, protesty i co najmniej nadaktywność kilku partii politycznych, straszących najazdem Germanów, wykupywaniem polskiej ziemi i zatracaniem polskości. Wszystkie nasze fobie odżyłyby ze zdwojoną siłą, a bez porównania mocniej przy okazji 70-rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. To, co się dzieje w Niemczech, jest zatem tylko bardzo delikatnym manifestowaniem niezadowolenia. Bardziej nawet manifestowaniem własnej bezradności i zagubienia w zupełnie nowej sytuacji.

Trzeba pamiętać, że w landach byłego NRD Niemcy ponieśli społeczną klęskę. Pomimo miliardów marek i euro nie udało się osiągnąć trwałej modernizacji gospodarki wschodnioniemieckiej, a przede wszystkim nie udało się zaktywizować społeczeństwa, czego przejawem jest momentami nawet 20-procentowe bezrobocie i rzesze ludności żyjących z tzw. socjalu. Pomimo wielu lat, dzielących Niemcy od zjednoczenia, co roku wschodnie landy opuszcza od 50 do 80 tysięcy osób, głównie młodych, wykształconych i aktywnych. Praktycznie jedynym pozytywnym, widocznym i trwałym efektem zjednoczenia jest zmodernizowana infrastruktura, która była w 1990 roku bliska polskiej, a zmieniła się nie do poznania.

Przyczyn frustracji społecznych we wschodnich landach jest wiele. Warto tu wspomnieć, myśląc o własnym podwórku, że pieniądze przyznawane bezrobotnym i wsparcie państwa dla obszarów dawnej NRD odniosło skutek odwrotny od zamierzonego. Zamiast pomóc społeczeństwu i je zaktywizować, zakonserwowało stare nawyki i rozleniwiło.

I oto w taką trudną sytuację wkraczają Polacy, mieszkający na pograniczu, zwabieni dodatkami socjalnymi i tańszymi nieruchomościami, których ceny w Polsce poszybowały w ciągu ostatnich 2-3 lat niebotycznie. Ale przyjrzyjmy się argumentom.

Wbrew temu co pisze NPD i temu, co mówią niektórzy polscy politycy, Polacy i Niemcy na pograniczu żyją ze sobą w zgodzie i są sobie wzajemnie potrzebni. Gdyby nie Polacy, większość nieruchomości zniszczałaby zupełnie, gdyż Niemcy na Pomorzu Przednim (Vorpommern) czy w Brandenburgii, albo nie mają środków, aby je kupić czy remontować, albo też wyprowadzili się na zachód (najpierw dzieci, teraz rodzice) i nie chcą tu wracać. Władze lokalne wiedzą także, że napływ Polaków oznacza nie tylko sanację nieruchomości, ale też realne korzyści w postaci wpływów chociażby z podatków od nieruchomości, czy opłat za media lub wywóz śmieci.

Kolejnym mitem jest zabieranie pieniędzy z pomocy socjalnej, należnej Niemcom. Ta pomoc, zwłaszcza dodatki na dzieci, należy się każdemu obywatelowi UE, mieszkającemu w Niemczech, nawet obcokrajowcom spoza UE, pod warunkiem legalnego pobytu. Jeśli ktoś nadmiernie korzysta z pomocy socjalnej, to przede wszystkim rodziny wielodzietne, które się nie asymilują. Aby nie powodować napięć, powiem tylko, że bynajmniej nie są to rodziny z Polski.

Swoją drogą niemiecki mechanizm socjalny jest prawdziwie prorodzinny i warto by rozważyć jego zastosowanie w Polsce. W Szczecinie czteroosobowa rodzina (dwoje dzieci) ma małe szanse na własne mieszkanie i kredyt, a w Niemczech z samego dodatku na dzieci (około 330 euro miesięcznie) jest w stanie spłacać kredyt za dom ze sporą działką.

A jak ma się sprawa z zabieraniem przez polskie dzieci miejsc w szkołach i przedszkolach? Gdyby nie Polacy, niejedną szkołę po prostu by zamknięto z powodu zbyt małej liczby uczniów. Niemieckie placówki nie tylko chętnie przyjmują Polaków, ale wręcz aktywnie konkurują o nich ze sobą, proponując np. przyjmowanie do przedszkoli już dwulatków. Nie wspomnę o tym, że w Szczecinie o miejsce trudno, a grupy 30-osobowe to nie jest rzadkość, podczas gdy tuż za granicą taką liczbę dzieci mają często całe przedszkola.

Wreszcie zabieranie miejsc pracy. Polacy nie tylko ich nie zabierają, bo czy można zabrać coś, czego nie ma, ale wręcz je generują. Po pierwsze – pośrednio, dając zatrudnienie i zyski niemieckim małym i średnim firmom budowlanym, komunalnym, ubezpieczeniowym, spożywczym, czy też bankom, po drugie – bezpośrednio, zakładając własne firmy i to nie tylko rodzinne, lecz coraz zatrudniające Niemców.

Na szczęście zdecydowana większość i Polaków, i Niemców doskonale zdaje sobie sprawę z tych uwarunkowań i plusów płynących z sąsiedztwa. Na szczęście nic sobie nie robią z negatywnej propagandy polskich i niemieckich radykałów. I na szczęście rośnie nowe pokolenie prawdziwych obywateli Unii Europejskiej, pokolenie młodych Polaków i Niemców, żyjących razem już od przedszkola, uczących się języka i obyczajów sąsiada. To oni, zupełnie nie obciążeni skomplikowaną przeszłością, będą myśleć i działać w przygranicznym regionie, który dla nich nie ma już granic państwowych.

(Autor jest mieszkańcem przygranicznego Rosow i właścicielem zarejestrowanej w Niemczech agencji nieruchomości).

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 15.09.2009