Pierwszy prom na drugą stronę

Przez pół wieku Józef Atroszko zastanawiał się, jak wyglądają Gozdowice z przeciwnego brzegu Odry. Ktoś opowiadał, że widok jest wiele ładniejszy niż na stronę niemiecką. Tam tylko płaskie łąki, pola i pojedyncze drzewa, można powiedzieć kawałek Holandii na wschód od Berlina. Gdy jednak do Güstebieser Loose zaczął kursować pierwszy prom na polsko-niemieckiej granicy, pan Józef nie przeprawił się przez Odrę. Razem z żoną Genowefą oraz innymi sąsiadami ze wsi nie jest pewny czy połączenie przyniesie więcej pożytku niż strat.

W Gozdowicach mało kto wierzył, że prom wreszcie przypłynie. Tyle już razy odwlekano otwarcie przeprawy do Niemiec. Wiosną 2007 wszystko było zapięte na ostatni guzik. Budynek odpraw granicznych czekał na strażników, flagi powiewały na masztach, a znaki drogowe w okolicznych gminach kierowały do przejścia promowego w Gozdowicach. Nawet zaproszenia rozesłano. Udział zapowiedziały władze landu Brandenburgia i Województwa Zachodniopomorskiego, a także, co oczywiste, przedstawiciele powiatów Gryfino i sąsiedniego Barnim-Oderbruch.
Ale prom nie przypłynął i wszystko trzeba było odwołać. We wsi ludzie mówili, że ze stoczni pod Opolem odeszła większość spawaczy i firma musiała znaleźć nowych pracowników. Kolejny raz trzeba było przekładać otwarcie, bo jakieś części z Włoch nie przybyły do stoczni w umówionym terminie. Z wielomiesięcznym opóźnieniem statek ruszył w końcu w dół Odry. Do Gozdowic na własny chrzest jednak nie dotarł. Poziom rzeki był zbyt wysoki i statki nie mieściły się pod mostami.
Piotr Szymkiewicz, burmistrz Mieszkowic/Bärwalde tracił nerwy. Jesień za pasem, a prom ma pozwolenie na rejsy tylko w okresie od kwietnia do listopada. Zanosiło się, że otwarcie planowanej od 15 lat przeprawy, trzeba będzie przełożyć na następny rok. Burmistrz znowu będzie musiał się tłumaczyć partnerom z Niemiec. Do tego jeszcze to przeklęte Schengen. Tuż przed uroczystością otwarcia promu ogłoszono: z końcem 2007 roku Polska wchodzi do strefy Schengen i znikają kontrole na granicach z sąsiednimi państwami Unii Europejskiej. Budynki Straży Granicznej, przywiezione z przejścia granicznego w Lubiszynie, staną się zbędne. Szymkiewicz chętnie widziałby w tym miejscu lokale gastronomiczno – usługowe. Tylko czy za to Unia Europejska zapłaciła prawie dwa miliony złotych?
Gdy w środę 17 października 2007 roku prom zawinął do Gozdowic, ludzie przecierali oczy ze zdumienia. Gmina na gwałt musiała przygotować uroczyste otwarcie. Ostatni możliwy termin przypadał w najbliższą sobotę. Burmistrza ogarnęła gorączka przygotowań. Pozostały tylko trzy dni. W czwartek zamocowano, zdjęte na czas transportu koła poruszające statek. W piątek prom odbył próbny rejs w towarzystwie pracowników Urzędu Gospodarki Wodnej.
W sobotę 20 października prom od rana woził gości z Güstebieser Loose do Gozdowic. Setki Niemców i Polaków w samo południe uczestniczyły w chrzcie promu, który otrzymał imię „Bez granic”. Po serii przemówień statek wyruszył w „dziewiczy” rejs. Stłoczeni na platformie promu podróżni po chwili byli po stronie niemieckiej. Tego i następnego dnia prom przewiózł tysiące pasażerów.
Ostatniego dnia października z połączenia skorzystali głównie Niemcy. Na sto samochodów tylko dwa, trzy pojazdy miały polskie numery rejestracyjne. Przed godziną 17 Straż Graniczna odprawiła ostatnich kierowców. Po 10 dniach pracy mundurowi zakończyli służbę w Gozdowicach. Wiosną, gdy „Bez Granic” ponownie wypłynie na wody Odry, nikt nie zażąda już od pasażerów okazania dowodu tożsamości.

Może wiosną państwo Atroszko wybiorą się za Odrę obejrzeć wieś oczami Niemców z Güstebieser Loose. Zobaczą kilka budynków, położonych u stóp lesistych wzgórz, które opadają ku Odrze. Nad drzewami góruje wieża kościoła. Kilka lat temu budynek świątyni przerósł nadajnik radiowy. Oczom małżeństwa ukaże się niewielka przystań Nadzoru Wodnego i dwa budynki, które zasłaniają ich własny dom. Z niemieckiego brzegu widać tylko dachy siedziby Atroszków, ale małżeństwo z pewnością przyzna rację: polskie Gozdowice są piękniejsze niż niemieckie Güstebieser Loose. Wiosną, jak się ociepli, pan Józef może nawet uruchomi kilkunastoletniego „malucha” i wraz z żoną odwiedzić w Niemczech starych znajomych. Jak dotąd nie odważył się pojechać samochodem za granicę. Tylko raz w życiu państwo Atroszko byli w po drugiej stronie rzeki.
Póki co, nie ciągnie ich za Odrę. Mówią, że nie ma po co jechać. Młodzi z Gozdowic również nie palą się do wyjazdu. Do Berlina, dlaczego by nie, ale do Güstebieser Loose? - „Po drugiej stronie nie ma nic prócz pegeerowskich wsi. Do najbliższego miasta- Wriezen jest ponad 1O kilometrów. Zresztą u nich jest drożej, jak u nas” – mówi Marlena, sprzedawczyni w jedynym w Gozdowicach sklepie „U Magdy”. Przez pierwsze 10 dni kursowania promu także ona nie zdobyła się na przeprawę przez rzekę.
Wraz z uruchomieniem przeprawy we wsi pojawiło się za to wielu Niemców. Z progu sklepu dobrze widać prom i pani Marlena wie, kto przyjeżdża do Polski. Różni goście odwiedzają Gozdowice.
Jedni oglądają dokładnie domy, niektórzy płaczą. Inni zaglądają przez płoty i skrycie fotografują. Są także tacy, którzy w poszukiwaniu śladów nieistniejących domów przeczesują okoliczne zarośla. Część odwiedzających zagląda do „Muzeum Sapera” w Gozdowicach. Potem goście wsiadają do samochodów i jadą dalej, do Mieszkowic/Bärwalde, Morynia/Mohrin, a może nawet Dębna/Neudamm? W stosunku do miejscowych przyjezdni odnoszą się bardzo uprzejmie. „Zagadną, uśmiechną się, poczęstują ciastkami” – opowiada Elżbieta Kurzawa, mieszkanka Gozdowic od 1948 roku – „Nie mogę o nich powiedzieć złego słowa”.
Ale ludzie w Gozdowicach nie ufają Niemcom. Zwłaszcza starzy, pamiętający wojnę. Podejrzliwie patrzą na kręcących się po wsi obcokrajowców. Twierdzą, że się nie boją, ale gdzieś głęboko tkwi w nich ukryty lęk przed powrotem Niemców. Ich obawy podsycają politycy i doniesienia o sądowych pozwach niemieckich wypędzonych, którzy domagają się odszkodowań lub zwrotu utraconego majątku. Kto wie, czy któryś z Niemców spacerujących po Gozdowicach, jakiegoś pozwu nie szykuje? Gdy pewnego razu starsza kobieta zbyt długo przyglądała się domowi Atroszków, podczas gdy jej syn namiętnie fotografował gospodarstwo, pani Genowefa nie wytrzymała: „Weg, das ist meine Hause” – zawołała z ogrodu łamaną niemczyzną. Goście spłoszyli się i natychmiast odeszli.
Pani Jadwiga ciągle nie może wymazać z pamięci krzywd doznanych w dzieciństwie. Jej najbliższych krewnych hitlerowcy spalili żywcem w stodole. Jadwiga mogła się temu tylko bezradnie przyglądać. Podobnie jak jej mąż nie chce zemsty, ale sprawiedliwości dziejowej. „Za zło, które uczynili, Niemcy nie mają prawa żądać odszkodowań” – mówi Józef Atroszko. Zapewnia, że nie boi się utraty gospodarstwa. - „Podobno nie ma już niemieckich spadkobierców naszego domu” – dodaje z ulgą.
Pan Józef nie czuje urazy do sąsiadów przyjeżdżających zza Odry. Nie ma pretensji do niemieckich mieszkańców wsi o to, że próbują odnaleźć pozostałości domów, szukają swoich korzeni. Powojenni mieszkańcy, którzy po 1945 roku przybyli ze wschodnich terenów Polski, znają gorzki smak utraty stron rodzinnych. Rozumieją, co znaczy wyobcowanie i poczucie tymczasowości. Może właśnie dlatego, mimo braku wzajemnego zaufania, wypędzonym Niemcom i Polakom łatwiej się porozumieć?.
Jak mało kto w Gozdowicach państwo Atroszko, rozumieją ból dawnych mieszkańców Güstebiese. Na Zachód przyjechali późno. Do 1959 roku mieszkali w białoruskiej ZSRR. Nie myśleli o wyjeździe, choć życie w stalinowskiej Rosji nie było sielanką. Trzy lata po wojnie Józef poślubił Genowefę. Własnoręcznie wybudował parterowy, drewniany domek. Na świat przyszła pierwsza córka, ale panu Józefowi doskwierała samotność. „Czym jest dom rodzinny bez krewnych?” – pytał sam siebie. Trzech braci Józefa mieszkało już w Gozdowicach. Przez lata słali listy i namawiali młodszego brata do przyjazdu na „Zachód”. Nad Odrę ściągnęła w międzyczasie matka. Większość polskich znajomych i sąsiadów także dawno wyjechała do Polski. Józef długo nie mógł się zdecydować i poszedł po radę do miejscowego księdza. - ”Jedź synu do kraju” - powiedział proboszcz. To zadecydowało. Żal było Józefowi zostawić nowo wybudowany dom, ale tęsknota za rodziną była silniejsza. Sprzedał gospodarstwo, spakował dobytek i wraz z żoną i córką ruszył na nieznane poniemieckie ziemie.
Dom stał pośród gruzów. Bracia Józefa uchronili budynek przed rozbiórką. Z sąsiednich zabudowań pozostały tylko fundamenty i stosy kruszonej cegły. „U nas domy były schludne, a uliczki zadbane” - wspomina pan Józef – „ Jak przyjechaliśmy Gozdowice były jedną ruiną, a na ulicach zalegało błoto” . Mimo to Atroszko szybko przywykli do nowych warunków i wraz z żoną wzięli się pilnie do pracy. Kupili łąki, hodowali krowy, pan Józef zbudował pasiekę. Nad Odrą urodziła się im druga córka.
Niemcy przez długi czas nie istnieli w świadomości mieszkańców. Jeśli już w ogóle o nich mówiono, to tylko w kontekście wojny. „Granica przyjaźni” pomiędzy Niemiecką Republiką Demokratyczną i Polską Republiką Ludową była zamknięta i pilnie strzeżona przez wojsko. Do rzeki nie wolno się było zbliżać. Poruszanie się po terenie przygranicznym podlegało ścisłej kontroli. By odwiedzić krewnych czy znajomych w Gozdowicach goście potrzebowali specjalnej przepustki. O wizycie obcokrajowców nie mogło być w ogóle mowy. Pierwsi Niemcy zaczęli przyjeżdżać dopiero na początku lat siedemdziesiątych.
Niemców nie obawia się burmistrz Mieszkowic. Chce sprowadzić do Gozdowic jak najwięcej sąsiadów zza Odry. Chodzi mu jednak nie o byłych mieszkańców, ale o gości z Berlina. Mówił o tym podczas oficjalnego otwarcia promu. Nie krył, że zależy mu, by turyści ze stolicy zostawiali tu swoje pieniądze. Nie wyjaśnił, gdzie mięliby je wydawać. We wsi można zrobić zakupy tylko w marnie zaopatrzonym sklepie spożywczym oraz w pasiece. Władze liczą, że turyści rozjadą się po całej gminie, a może nawet powiecie. Do Mieszkowic jest jednak aż 12 kilometrów.
Gozdowice leżą w Cedyńskim Parku Krajobrazowym, szczególnie atrakcyjnym dla rowerzystów. Po tamtej stronie, wzdłuż niemieckiego brzegu, biegnie popularna wśród Berlińczyków droga rowerowa „Odra-Nysa”. Turyści, znudzeni monotonnym krajobrazem Łęgów Odrzańskich- Oderbruch, będą przejeżdżać promem na bardziej malowniczą polską stronę. Taką mają przynajmniej nadzieję lokalne władze.
Piotr Szymkiewicz zna historię. Wie, że gdy w 1815 roku otwarto w Güstebieser pierwszą przeprawę, wieś szybko się rozrosła i wzbogaciła. Miejscowość liczyła wtedy około 1800 mieszkańców, dziesięciokrotnie więcej niż obecnie. Historia Gozdowic jest typowa dla regionu Oderbruch. Słowiańska przeszłość, osuszenie bagien i związany z tym dobrobyt, a wreszcie upadek po II wojnie światowej, spinają klamrą dzieje wielu miast i wsi. Rzadko gdzie można odnaleźć tyle śladów minionej świetności. W wielu miejscowościach nad Odrą znajdziemy liczne przykłady, jak okrutnie historia obchodzi się z dokonaniami człowieka. Gdzie przepadła „Bałtycka Atlantyda”, położona gdzieś u ujścia Odry? O Jumne, zwanej także Vineta, w XI wieku kronikarz Adam z Bremy pisał: „To zaiste największe z miast, jakie nosi Europa, mieszkają w nim Słowianie i inne plemiona, Grecy i poganie”. Co stało się z wielkością Lubusza/Lebus, od którego nazwę przyjął cały region lubuski, albo ze świetnością Górzycy/Göritz, niegdyś siedzibą biskupa, dziś podupadłą wioską? W mrokach, wcale nie tak odległych dziejów znikły twierdza Kostrzyn/Küstrin, miasto Müncheberg, stary Frankfurt nad Odrą.
Dzieje Gozdowic były podobne. Do połowy XIV w. wieś była słowiańską osadą, należącą do rodziny von Güstebiese. Po wygaśnięciu rodu przeszła w ręce Zakonu Krzyżackiego, następnie Joannitów. Przełomowym wydarzeniem było osuszenie regionu Oderbruch - Łęgów Odrzańskich w połowie XVIII wieku. Podczas prac melioracyjnych wzniesiono nowy wał, a Odrę poprowadzono nowym korytem w kierunku północnym do Hohensaaten. Nadodrzańskie mokradła i bogate w ryby i ptactwo tereny zalewowe osuszono. Pozyskane w ten sposób żyzne areały zasiedlili osadnicy, sprowadzeni z różnych państw niemieckich, a także Czech i Polski. Przez zgoła 250 lat region Oderbruch zaopatrywał stolicę w żywność. Chłopi szybko się wzbogacili. O swoich uprawach mówili dumnie: „ogrody warzywne Berlina - Gemüsegarten Berlins”.
W latach trzydziestych XX wieku Gozdowice stały się popularnym kąpieliskiem. Berlińczycy wypoczywali na szerokich, piaszczystych plażach i pławili się w czystych wodach Odry. Goście mięli do dyspozycji restauracje i pensjonaty. Na prawym brzegu znajdowały się w tamtym czasie: szkoły, teatr, stacja paliw, sklepy i warsztaty rzemieślnicze. Wieś posiadała nawet własny urząd stanu cywilnego oraz pocztę. Wojna położyła kres świetności Gozdowic.
Zimą 1945 roku w okolicy Gozdowic zatrzymała się ofensywa odrzańska. I Armia Wojska Polskiego sforsowała w okolicy Odrę i wkroczyła na przedpole Berlina. Droga do stolicy, chylącej się ku upadkowi III Rzeszy, stała otworem. W PRL starano się nadać temu wydarzeniu rangę symbolu. Okoliczne wsie zmieniono w pomniki chwały ku czci zdobywców. Przez Gozdowice poprowadzono „szlak sapera”, który rozpoczyna się w oddalonym o parę kilometrów Czelinie/Zellin. Zimą 1945 roku, jeszcze przed Konferencją Poczdamską, miał tu stanąć nad brzegiem Odry pierwszy „wizjonerski” słup graniczny. Z Gozdowic szlak wiedzie w kierunku Starych Łysogórek/Alt Lietzegöricke. Tuż za Gozdowicami znajduje się pomnik upamiętniający forsowanie Odry w 1945 oraz monument "Chwała Bohaterom I Armii Wojska Polskiego". „Szlak sapera” kończy się w miejscowości Siekierki/Zäckerick, gdzie znajduje się cmentarz wojskowy z dwoma tysiącami grobów. W budynku w Gozdowicach, w którym podczas forsowania Odry stacjonowało dowództwo, mieści się obecnie Muzeum Sapera. Do dziś z okazji Dnia Sapera wieś organizuje nad Odrą coroczny festyn.
Na wzniesieniu w środku wsi stoi monument upamiętniający poległych żołnierzy. Do końca II wojny światowej znajdował się w tym miejscu pomnik Fryderyka Wielkiego. Obelisk wzniesiono na początku XX wieku na cześć króla, który latem 1758 roku przeprawiał się w tej okolicy razem z pruskim wojskiem na wielką bitwę pod Sarbinowem/ Zorndorf.
Przed wojną mieszkańcy wsi mieli na terenie obecnego Güstebieser Loose łąki, pola i ogrody. Gospodarze własnymi łodziami przeprawiali się na drugi brzeg. Gdy trzeba było przewieźć zwierzęta lub maszyny rolnicze, korzystano z publicznego promu. Po wojnie komuniści zamienili żyzny region Oderbruch w wielki kołchoz. Prawie w każdej wsi powstał Landwirtschaftliche Produktionsgenossenschaft (LPG) – odpowiednik polskiego PGR-u. Potomkowie kolonistów z XVIII wieku wspólnie gospodarzyli na państwowych areałach. Po zjednoczeniu Niemiec i upadku LPG również kolektywnie stracili pracę i znaleźli się bez perspektyw na znalezienie lepszego zajęcia. Kto mógł wyjechał do Berlina, albo dalej na zachód. We wsiach pozostali emeryci. To oni zaglądają dziś głównie do Gozdowic.
Wszystkich niemieckich śladów nie udało się usunąć. Zachowały się nagrobne płyty i stojący obok kościoła nagrobek wójta Güstebiese Friedricha Falkenberga (1751-1812). Na pomniku znajduje się tablica upamiętniająca zmarłych mieszkańców z Gozdowic. Do 1820 nieboszczyków chowano wokół kościoła. Później miejsce pochówku przeniesiono na teren znajdujący się przy drodze do Morynia. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku kamienie nagrobne rozebrano i wywieziono jako materiał budowlany. O nieistniejącym cmentarzu przypomina imponujących rozmiarów głaz. Na kamieniu widniał kiedyś napis Bernard Starcke. Staraniem byłych mieszkańców Gozdowic umieszczono na nim inskrypcję REQUIESCANT IN PACE. Historyczną zawieruchę przetrwał także głaz z wyrytymi nazwiskami Gozdowiczan poległych w wojnie austriacko - pruskiej w 1866 roku i w wojnie francusko - pruskiej 1870 roku.
Los zniszczonych nagrobków podzieliły domy. Większość budynków we wsi rozebrano po 1945 roku. Według oficjalnej propagandy z poniemieckich budynków naród polski odbudowywał Warszawę. Być może rzeczywiście jakąś kamienicę w stolicy wzniesiono z gozdowickich cegieł. Świadkowie tamtych czasów pamiętają także inne szczegóły. „Niejeden sobie wtedy w Dębnie albo w Szczecinie dom pobudował” – mówi Elżbieta Kurzawa, mając na myśli przedstawicieli ówczesnej władzy.
Daremnie szukać w Gozdowicach szkoły podstawowej. Nie ma dziś śladu po budynku mieszczącym się niegdyś w pobliżu kościoła. Fundamenty dawno porosły trawą i drzewami, ale Bertold Jonas bez trudu potrafi odtworzyć w pamięci zarysy nieistniejącego domu. Jako chłopiec w szkole nie tylko się uczył. Rodzice zajmowali mieszkanie przeznaczone dla pracowników placówki. Z rodzinnego domu do przystani promowej było bardzo blisko i mały Bertold często przeprawiał się na drugą stronę Odry. W październiku 2007 roku prom znów zabrał go na przeciwległy brzeg. Pierwszy raz po ponad 60 latach.
Dla Bertolda Jonasa otwarcie promu było wydarzeniem szczególnym. Spośród wszystkich byłych i obecnych mieszkańców Gozdowic, chyba jemu najbardziej zależało na uruchomieniu połączenia. W dniu otwarcia przeprawy przez Odrę jako jeden z pierwszych przepłynął promem na druga stronę. Bo statek, jego zdaniem, łączy Polaków i Niemców symbolicznie i praktycznie. „Ludzie po obu stronach Odry zaczną się częściej spotykać i poznawać, a to sprzyja zbliżeniu” – mówi pan Jonas i zaraz dodaje z typowo niemieckim pragmatyzmem: - „Przyszłość leży w turystyce”. Podobnie jak władze Mieszkowa, właśnie w tej branży widzi nadzieję na rozwój regionu.
Niewiele jest w Gozdowicach inicjatyw, w których Bertold Jonas by nie uczestniczył. Odsłonięcie pamiątkowej tablicy, zorganizowanie spotkania, zbieranie środków na jakieś przedsięwzięcie – zawsze można liczyć na pana Bertolda. Od pierwszej po wojnie wizyty w Gozdowicach bardzo angażuje się w życie wsi.
Był 1974 rok. Bertold Jonas, profesor psychologii na Uniwersytecie w Bremie, wracał z konferencji w Gdańsku. Spontanicznie postanowił zobaczyć, jak mówią Niemcy, swój heimat. Ponad 30 lat nie widział stron rodzinnych. Wiedział, że Gozdowic z czasów jego młodości już nie ma. Słyszał o zniszczeniach, planowej rozbiórce i przekształceniu dużej i bogatej wsi w zapomnianą osadę nad zachodnią granicą Polski. Gdy profesor pojawił się w Gozdowicach, wciąż jeszcze trwała rozbiórka poniemieckich domów. „Stało jeszcze wiele budynków, których dziś nie ma” – wspomina Bertold Jonas - „Z czasem i one zniknęły, jak prawie cała wieś”.
Bertold miał 19 lat, gdy po raz ostatni widział rodzinną miejscowość. Wojna trwała drugi rok, a Hitler panował prawie nad całą Europą. W czerwcu 1941 roku Niemcy zerwały układ ze Stalinem i napadły na Związek Radziecki. Przeciwko Moskwie Hitler posłał cztery i pół miliona niemieckich żołnierzy i ich sojuszników. Armia potrzebowała każdego człowieka. Bertold zgłosił się na ochotnika do Marynarki Wojennej. Walczył w Norwegii i dostał się do niewoli. Gdy ofensywa odrzańska w 1945 roku zatrzymała się nad Odrą, siedział w obozie jenieckim. Rodzina uciekła przed nadciągającym frontem, pozostawiając szkolne mieszkanie koło kościoła na pastwę losu. Bertold do Güstebiese już nie powrócił. Po wyjściu z obozu zamieszkał w RFN, ożenił się i rozpoczął karierę naukową na uniwersytecie w Bremie.
Już podczas pierwszego pobytu w Gozdowicach profesor nawiązał kontakt z jedną z miejscowych rodzin. Znajomość z biegiem czasu przerodziła się w przyjaźń i przetrwała wiele lat. Z państwem Atroszko Niemiec także utrzymuje serdeczne kontakty. Rozumie wywołany wojenną traumą lęk Polaków przed powrotem Niemców. Uważa jednak, że strach przed roszczeniami starych właścicieli jest bezzasadny. „Żaden z byłych mieszkańców Gozdowic nie domaga się zwrotu majątku czy odszkodowania. Nikomu nie przyszło to do głowy” – mówi profesor z Bremy. Roszczeniową postawę wobec Polski przyjmują, według Jonasa, tylko nieliczne środowiska niemieckich wypędzonych. W Niemczech żyją miliony uciekinierów i ich spadkobierców, a przed sądy trafiają pojedyncze sprawy, które media i politycy rozdmuchują do rozmiarów afer międzynarodowych. W Gozdowicach i całej gminie stosunki Polaków i Niemców układają się bardzo poprawnie.
Erich i Lidia Thom nie wyobrażają sobie skarżyć kogoś przed sądem. Na przykład panią Genowefę, bo posiała kwiaty w miejscu, gdzie kiedyś stał dom rodziny Thomów. Budynek z pruskiego muru przez ścianę sąsiadował z obecną siedzibą Atroszków. „Co było już nie wróci” – Erich powtarza smutno starą prawdę. „Teraz mieszkają tu inni ludzie, którzy też utracili domy”. Cieszy go, że dzięki przeprawie granicznej będzie miał bliżej do Gozdowic. Kiedyś przejazd na drugą stronę Odry był niemal wyprawą. Najbliższe przejście graniczne znajdowało się we Frankfurcie-Słubicach. Do Gozdowic było jakieś 120 kilometrów. Po otwarciu promu, dystans zmniejszył się dziesięciokrotnie. Wiosną Erich wraz z żoną Lidią, Niemką urodzoną na wileńszczyźnie, znów odwiedzi państwa Atroszko. Znajomość z Józefem i Genowefą trwa już ponad 30 lat.
Thomowie przyjechali do Gozdowic na początku lat siedemdziesiątych. PRL i NRD zawarły wtedy porozumienie graniczne. Obywatele obu „bratnich” państw, nie potrzebowali już wiz ani zaproszeń, by pojechać na drugą stronę Odry. Z dowodem osobistym w ręku do Gozdowic ruszyli Erich i Lidia Thom. Pani Genowefa pamięta, jak nieśmiało przystawali przed jej domem, zaglądali na podwórko, coś pokazywali, tłumaczyli po niemiecku. Byli bardzo grzeczni i uprzejmi. Atroszkowie zaprosili ich do środka, pokazali dom i obejście. Nie rozumieli ani słowa i poprosili o tłumaczenie kierownika Nadzoru Wodnego.
Erich miał 13 lat, gdy po raz ostatni widział rodzinny dom. Wojna była skończona, nadchodzili Rosjanie. Ojciec siedział w jenieckim obozie, a Erich z matką uciekał na zachód. Nie zaszli daleko. Erich spędził życie w oddalonej kilkanaście kilometrów od Gozdowic pegeerowskiej wsi Wuschewier w gminie Neutrebbin. Przez cały czas myślał o domu w polskich Gozdowicach. Gdy tylko nadarzyła się sposobność pojechał zobaczyć podwórko, na którym się wychował. Po podwórku i gospodarstwie nie było już śladu, ale mimo to Thomowie regularnie zaglądali do Gozdowic. W 1980 roku władze NRD, by ustrzec swoich obywateli przed „wirusem Solidarności”, przywróciły obowiązek wizowy. Ruch na granicy zamarł na prawie 10 lat.
Lidia i Erich przyjechali do Polski tuż przed upadkiem komunizmu. Po przemianach politycznych wizyty w Gozdowicach stały się częste. Powstało nowe przejście graniczne w Kostrzynie i Osinowie Dolnym. Atroszko przyswoili sobie z czasem podstawy języka niemieckiego i łatwiej im się porozumieć ze znajomymi zza Odry. Przez dwa dni gościli nawet w Wuschewier. Wrócili zachwycani domem i ogrodem Niemców. Thomowie odwieźli ich samochodem z powrotem do Gozdowic. Erich wiosną będzie próbował namówić Józefa, by wybrał się do Niemiec własnym samochodem. Ma nadzieje, że dzięki przeprawie promowej, stanie się to możliwe.
W końcu października słońce zachodzi dokładnie naprzeciwko okna Elżbiety Kurzawy. Promienie oślepiają i staruszka, siedząc za stołem w kuchni, widzi tylko ciemne kontury promu „Bez Granic”. Z pokładu zjeżdżają ostatnie samochody przed przerwą zimową. Pani Elżbieta już dawno wybrałaby się do Niemiec, gdyby nie kłopoty z poruszaniem. Sama się nie odważy, a nikt nie kwapi się, by jej towarzyszyć. Może w Nowym Roku poczuje się lepiej i przy ładnej pogodzie przeprawi się promem do Güstebieser Loose. I może spotka tam również Atroszków i innych sąsiadów, którzy podobnie jak ona, nigdy nie widzieli Gozdowic z przeciwległego brzegu Odry.

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 01.01.2008