W barbarzyństwo?

Nie lubię tej sprawy. Nie cierpię jej nazwy, z roku na rok coraz bardziej stającej się pustym sloganem. Nie znoszę tego miejsca, przemienionego w synonim niedających się wyrazić – hańby i zbrodni. Nie umiem pogodzić się z odprawianym tam obłudnym – a może tylko niemądrym – rytuałem, przysłaniającym realia zła, czyniącym zeń czystą formę. Trudno mi się pogodzić z tym równouprawnieniem zwieńczających ją prawd i półprawd. Więc mniejsza już o literaturę, która na tym żeruje. Są w niej niepodważalne perły, choć są też i wieprze. I kto wie, czy nie słusznie powiedział Theodor Ludwig Wiesengrund, lepiej znany jako T.W. Adorno: nach Ausschwitz noch ein Gedicht zu schreiben ist barbarisch. Niepotrzebnie tylko użył dwóch „s“ w tej nazwie. Co do reszty jednak, warto się zastanowić. Szczególnie gdy się jest poetą. Bo przecież: ...ein Gedicht zu schreiben.
Jednak, któżby go słuchał. Pisało się i ochoczo pisze nadal, brnąc – ze mną włącznie – w barbarzyństwo. Lecz bardziej niż literatura czyni to theatrum, do przesytu pożywiające się historią tego miejsca. A najbardziej film, chcący w naszych czasach być prawdą prawdziwszą niż prawda. Czy to nie Adorno powiedział, że z każdej wyprawy do kina, mimo całej czujności, wraca głupszy i gorszy? Czy także powiedziałby to o Ostatnim etapie, Eroice, Testamencie? A tym bardziej o Kornblumenblau, Liście Schindlera czy Życie jest piękne arcykomicznego Roberta Benigniego. Zdrowo można się na tym pośmiać. Tak. W barbarzyństwie – jak je rozumiał Adorno – film poszedł najdalej. Ręka w rękę z telewizją, naszą powszechną alma mater.
Zatem nie lubię, nie cierpię, nie znoszę. Tyle że mam tę rzecz wpisaną w życie osobiste i na to nic nie poradzę. Cudem ocalały Familien Stammbuch, ilekroć go otwieram, upewnia mnie, że osobnik o moim nazwisku i nieznacznie zmienionym imieniu, urodził się 4 marca 1942 w Auschwitz. Nie wybieramy sobie miejsca urodzenia, które wraz z datą wyznacza nam początek, podobnie jak inna data i miejsce wyznaczą nam koniec. Nie powiem, by to było moją obsesją, ale raz za razem wracam do tego początku, z którego sam niewiele pamiętam. Z różnych przekazów wiem tylko, że brakowało wszystkiego. Bezpieczeństwa, przede wszystkim, ale też odzieży, chleba, margaryny, cukru i białka we wszelkiej postaci.
Tylko bieli było pod dostatkiem, choć w połowie stycznia nawet śnieg przestał padać, jakby i jego zapasy się wyczerpały. Jedynie mróz silniej przycisnął, dzięki czemu cały świat trwał w tej bieli jak błagalna chorągiew kapitulacyjna. Ludzie nie wychodzili z domów bez wyraźniej potrzeby, mimo że zniknęły wszechobecne dotąd mundury SS, zaś ostatnie kolumny häftlingów ewakuowano z KL Auschwitz 24 stycznia. A gdyby nie odległe stękanie artylerii, można by pomyśleć, że świat zamienił się w czysty raj. Można by, ale jaki to raj? Różnie mi go opisywano.
Słyszałem na przykład – w domu mówiło się często – Lagier. Zazwyczaj Oświęcim. Rzadziej Auschwitz. Bo moja matka część swej młodości spędziła w tamtejszych koszarach, w późniejszym bloku 12. Po powrocie z ewakuacji we wrześniu 1939 już tam nie miała dostępu. W październiku zamieszkała z matką i braćmi w sąsiadujących z koszarami domach PMT. Później hitlerowcy wysiedlili całą ludność polską do miasta, a Zasole przemieniono w inny świat. Tym więc sposobem urodziłem się w Auschwitz, tyle że po drugiej stronie rzeki Soły. Jako dwu- lub trzylatek wdychałem zapewne tamtejsze dymy. Było tak przynajmniej do grudnia 1944, gdy komory gazowe i krematoria wysadzono w powietrze tak skutecznie, że do dziś nie wiadomo dokładnie, gdzie się znajdowały, a niektórzy nawet w ogóle wątpią w ich istnienie. Mówiono więc, że się tam paliło ludzi. Dziwne i straszne obrazy budziło to w głowie dziecka.
Ale to dawne dzieje, z których pamiętam tyle co nic. A w dodatku nie później niż dwa dni przed tak zwanym wyzwoleniem Lagru i całego Oświęcimia, matka wsadziła mnie do dziecinnego wózka, by przez zalegające śniegi (styczeń 1945 był najprawdziwszą zimą stulecia) na piechotę udać się do Katowic, gdzie – jak się dowiedziała – od jakiegoś czasu ukrywał się mój ojciec. Miał swoje powody, by nie wchodzić w drogę zarówno Niemcom, jak i Ruskim, którzy niebawem zajęli miejsce tych pierwszych. Ukrywał się, to może za dużo powiedziane, bo tam mieszkali jego rodzice – moi dziadkowie – i wszyscy wszystko widzieli oraz wiedzieli. Ale w tych styczniowych dniach 1945 roku nie było już w Katowicach Niemców poza pojedynczymi przypadkami. Ci, którym płonęła czapka na głowie, uciekli, a ulubiony sport okupacyjny wzajemnego szpiegowania chyba ustał zupełnie. A podobny – powojenny – jeszcze się nie rozwinął. Ojciec w sobie znany sposób zawiadomił matkę, a ona wzięła to jak wezwanie. Zrobiła co mogła i ledwo żywa, ze mną ledwo żywym, dotarła na miejsce.
Ładny styczniowy spacer. Prawie 35 kilometrów. Na domiar złego w połowie drogi oderwało się kółko od wózka. Na szczęście, od Mysłowic mogła już jechać tramwajem. Bez biletu. Bo w ciągu tych dwóch dni – między 24 a 26 stycznia – gdy Niemcy się już wycofali, a Ruscy go jeszcze nie „wyzwolili”, Górny Śląsk cieszył się całkowitą autonomią. Handel był bezgotówkowy, a transport publiczny bezpłatny. Lecz przecież w okolicy musiały się jeszcze odbywać jakieś ruchy wojsk, jakieś odwroty czy walki. Wiszący na włosku upadek III Rzeszy wcale nie czynił ludzi barankami. Odwrotnie. Czas był wredny i jeszcze długo takim pozostał. A ona sama ze mną, niespełna trzyletnim. To, że młoda i dwudziestoletnia, wcale nie zwiększało jej bezpieczeństwa, o które dziwnie była spokojna. Spytałbym ją dzisiaj, jak była ubrana na okazję tego lodowatego wiatru. Ile czasu jej zabrała ta przechadzka i czy w ogóle tak to wyglądało, jak mi się wydaje?
– Nie wyobrażasz sobie, synku, jakie to było straszne – mogłaby odpowiedzieć, pomijając szczegóły, bo na ogół nie była zbyt rozmowna.
Ale z tej wyprawy niczego nie pamiętam. Inne rzeczy, nawet wcześniejsze, jeszcze z Oświęcimia, całkiem dobrze. Tego zaś – ani w ząb. Sama więc nie wiedziała ani nie widziała, jak zaraz po wyzwoleniu obozu przez Armię Czerwoną, nazajutrz lub coś koło tego, zrobiono tam następny Lager, czyli Łagier, który trwał jeszcze przez co najmniej dwa lata. Chłopcy w polsko-radzieckich mundurach zajęli miejsca opuszczone przez SS i pociągnęli tę tradycję na własną nutę. Obóz jakoby dla jeńców niemieckich, renegatów, volksdeutschów, zdrajców, ale też – i przede wszystkim – dowolnych przypadkowych ofiar, o które w powojennym bałaganie nietrudno.
Z powodów, których się domyślała, ale nigdy mi nie wyjaśniła do końca, trafiła tam również jej matka a moja babcia. Nie była jeńcem niemieckim, zdrajcą ani volksdeutschem tylko żoną przedwojennego polskiego wojskowego. Na szczęście nie siedziała długo. Zachorowała na tyfus i cudem udało się ją wyciągnąć. Przeżyła.
Znam więc jej opowieści o pierwszych tygodniach odrodzonej Polski w wolnym Oświęcimiu. W filiach dawnego KL Auschwitz – w Jaworznie, Mysłowicach czy Świętochłowicach-Zgodzie, też nie było inaczej. Na tych poligonach wykluwały się elity nowej władzy. Nowy Herrenvolk. Zanim jednak ją stamtąd, za wstawiennictwem tak zwanych chłopców z lasu, czyli młodocianych krewnych z AK, w gorączce zwolniono, zdążyła się napatrzeć. Gdy już odzyskała zdrowie, były z tego mrożące krew w żyłach opowieści. O tym, jak na jej oczach, znajoma Niemka, po tym jak zastrzelili jej córkę, powiesiła się na pryczy. Jak katowano pałką lub kulą. Jak wybierano młodych i niemłodych mężczyzn do transportów, które zaczynały się w Auschwitz – już wtedy Oświęcimiu – a kończyły gdzieś w Donbasie albo na Kołymie. Z dzisiejszych ostrożnych szacunków od maja 1945 do lipca 1947, kiedy to obóz w Oświęcimiu został przemieniony w miejsce pamięci narodowej, wywieziono stamtąd około 9000 osób cywilnych i pięć razy więcej jeńców. Mniejsza już o liczbę tych, których tam zastrzelono, zakatowano lub którzy nie przeżyli chorób i głodu.
Do definitywnego upadku Rzeszy hitlerowskiej zostało jeszcze kilka miesięcy. Śląsk (w szeroko rozumianej jego geografii) był wyrywany Niemcom kawałek po kawałku, impetem masy radzieckiego żołnierza. Lecz na zapleczu frontu, tuż po jego przejściu, kadra NKWD oraz polska milicja już egzekwowała „sprawiedliwość społeczną” i „walkę klasową”.
Po pięcioletniej zapaści wojennej świat bliższy i dalszy stawał się na powrót Polską. Jeszcze pozbawioną kształtów zewnętrznych i wewnętrznych. Jeszcze zależną od sowieckich instancji wojskowych i obszturchaną przez bezwzględne prawo wojenne, ale pełną nadziei. Nie chcę powiedzieć, że to wszystko rozumiałem, bo nie rozumiałem niczego. A już najbardziej tego, że zamieszkaliśmy w pokojach zapełnionych meblami po kimś, kto tu mieszkał przed nami. Gdy gaszono światło na dobranoc, moja percepcja cztero-pięciolatka zamiast zasypiać, zauważała mroczne sylwetki – za dnia niewidzialne – poprzednich mieszkańców, którymi byli wysiedleni Niemcy. Lepiej było nie być Niemcem w tamtym czasie.
Na to nakładały się te opowieści babci. Nie mogłem ich brać zbyt serio, skoro w szkole uczono mnie, że Oświęcim to hitlerowski obóz zagłady i unaoczniano to nam przy pomocy wycieczek. A babcie – jak wiadomo – są specjalistkami w zakresie bajek. I tak to poniekąd brałem. Mogę jedynie żałować, że jej nie słuchałem uważniej. Nie tylko jej, bo również w kręgu rodzinnym sprawy te nie były tajemnicą. Auschwitz i Oświęcim znał on od podszewki.
Dopiero teraz, i nie bez oporów, wyłania się prawda o tym Łagrze. Historykom i innym osobom usiłującym badać te fakty stawia się zarzuty prokuratorskie z powodu „oczerniania Polski i Polaków”. Niewiele w tym zmieniło oświadczenie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z 12 kwietnia 2007, gdzie czytamy: "...obóz Oświęcim-Brzezinka funkcjonował od lutego 1945 r. do kwietnia 1946 r. a faktycznie do kwietnia 1947 r. Został utworzony przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Białej, w strukturach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a podlegał Centralnemu Obozowi Pracy w Jaworznie. W Obozie przetrzymywano nie tylko mieszkańców Górnego Śląska i Podbeskidzia pochodzenia niemieckiego, ale również Polaków, Niemców, Austriaków oraz volksdeutschów… W tej sytuacji koncepcja upamiętnienia więźniów Obozu Pracy w Oświęcimiu powinna zostać dokładnie przemyślana… powinna upamiętniać nie tylko ludność Górnego Śląska i Podbeskidzia pochodzenia niemieckiego, ale wszystkich więzionych w oświęcimskim Obozie Pracy”.
Nie lubię, nie znoszę, nie umiem się pogodzić z tym, że słowa zacnej mojej babci brałem za ględzenie staruszki. Bo tak mi wyglądały na tle powszechnych niedomówień, które chciały uchodzić za prawdę ostateczna i pełną. Po Auschwitz pisanie poezji jest barbarzyństwem. No, dobrze. A po Oświęcimiu?



Henryk Waniek (ur. 4 marca 1942 r. w Oświęcimiu) - jest malarzem, pisarzem, publicystą, krytykiem artystycznym i literackim. Jego dzieło od lat związane jest mocno z rodzinnym Śląskiem (od 1945 mieszkał w Katowicach), od 1980 r. mieszka w Brwinowie pod Warszawą. Jako malarz surrealista tworzy przede wszystkim prace olejne o symbolicznych i alegorycznych treściach, w których dużą rolę odgrywa ezoteryka i magia. Jego obrazy eksponowane była na ponad 100 wystawach zbiorowych i ponad 100 indywidualnych, znajdują się też w zbiorach wielu polskich i zagranicznych muzeów (m.in. w Londynie, Nowym Jorku, Rapperswilu, Landskrone) oraz kolekcjach prywatnych na całym świecie. Opublikował dziesięć książek - m.in. „Hermes w Górach Śląskich" (1996, Wrocław), „Opis podróży mistycznej z Oświęcimia do Zgorzelca. 1257-1957" (Kraków, 1996), „Pitagoras na Trawie" (1997, Warszawa), „Martwa natura z niczym" (Kraków, 2004), „Sprawa Hermesa" (2007, Kraków). Jest laureatem wielu nagród literackich: m.in. Nagrody im. Andrzeja Kijowskiego, Nagrody Kulturalnej Śląska Kraju Związkowego Saksonii (Hannover, 1999), wyróżnienia Fundacji Kultury, Dolnośląskiej Nagrody Literackiej LAUR. Jego najgłośniejsza książka - „Finis Silesiae" (Wrocław, 2004) nominowana była również do Nagrody NIKE.

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 08.09.2011