Szczecin w biografii: Piękna Pani Tilebein. Francuska w Szczecinie

Początki Gminy Francuskiej w Szczecinie

Wydany przez króla Fryderyka Wilhelma I 06.06.1721 roku patent o utworzeniu gminy francuskiej w Szczecinie  zachęcił wygnanych z Francji hugenotów do osiedlania się w mieście. W chwili wydawania dekretu, Szczecin zaledwie od roku należał formalnie do Prus.
W 1720 na mocy pokoju sztokholmskiego miasto-twierdzę ostatecznie przekazała Prusom pokonana w wojnie północnej Szwecja. Miasto było słabe, zarówno pod względem demograficznym, jak i gospodarczym. Król sądził, iż napływ francuskich kolonistów po prostu je wzmocni. Pierwszy francuski osadnik, zachęcony królewskim dekretem zawitał do Szczecina już w lipcu 1721 roku, był to Jean Bouveron. Gmina francuska w mieście rozwijała się szybko: w połowie lat 30. XVIII wieku mieszkało w mieście już 131 rodzin. Początkowo szczecinianie odnosili się do przybyszów bardzo niechętnie, zazdrościli im przywilejów, obawiali się konkurencji, dochodziło między obydwoma grupami do konfliktów, z czasem przybysze wrośli w społeczność miasta, zawierano mieszane małżeństwa, podejmowano wspólnie korzystne przedsięwzięcia handlowe.

Korzenie

Przodkowie pani Tilebein wywodzili się z Francji i Anglii. Jej pradziad, kupiec i bankier Jacques Perard de Martignicourt, został uszlachcony przez króla Polski i Saksonii Augusta III. Ów Jacques ożenił się z Marthee Couliette, z którą miał kilkoro dzieci, w tym urodzonego w 1715 roku w Paryżu syna Jacquesa, dziadka Pani Tilebein.
Jacques de Perard jako dorosły człowiek udał się do Prus. Początkowo pełnił funkcję kaznodziei wspólnoty ewangelicko-reformowanej w Gramzow (Uckermarck), a od 1739 roku w Szczecinie. Był dwukrotnie żonaty, z drugą żoną, Marie Margueritte de Claris Florian (urodzoną w Londynie, córką nadwornego kaznodziei królowej Anglii, Pierre de Claris Florian) miał troje dzieci: syna  o imieniu Jacques David Frederic (ur. 28.08.1742), oraz dwie córki: Henriette Louise (17.02.1744) i Sophie Dorothèe (13.10.1747). Jedyny syn pastora, kształcony w szczecińskim gimnazjum (Ratslyzeum), umarł w niewoli austriackiej, do której dostał się ranny, walcząc w szeregach armii króla Prus, Fryderyka II, po bitwie pod Wrocławiem w 1758 roku. Pastor Jacques de Perard odgrywał ważną rolę w życiu intelektualnym miasta. Z racji znakomitego wykształcenia był członkiem ponadpaństwowej „Republiki Oświeconych”, korespondował z wieloma uczonymi, należał do wielu akademii nauk, od Petersburga po La Rochelle. Z jego inicjatywy powstało w Szczecinie w roku 1742 Towarzystwo Miłośników Prawdy (Societas Alethophilorum Sedinensis, Alethophilischen Gesellschaft), zajmujące się krzewieniem myśli oświeceniowej. 
W domu Perardów mówiono, czytano i pisano w kilku językach: po francusku, angielsku, niemiecku i po łacinie. O tym, jak poważne były pasje pastora Peradra świadczy jego biblioteka licząca 10.000 tomów. Osobowość pastora przyciągała innych niebanalnych szczecinian i Pomorzan : w kręgu przyjaciół domu znalazł się na przykład hr. Richard Heinrich von Flemming z Bienic (Benz). Dziadkowie Pani Tilebein zmarli w odstępie 25 godzin w roku 1766,  Marie Margueritte de Perard zmarła 28.06.1766, pastor 29.06.1766. Ich dwie córki znalazły się w bardzo trudnej sytuacji: rodzice majątku im nie zostawili.

Ciotka

Młodsza z sióstr, Sophie Dorothèe została przygarnięta przez rodzinę bogatego kupca, członka gminy francuskiej,  Isaaca Salingre. Pełniła w jego domu funkcję damy do towarzystwa. Dom rodziny Salingre przy Placu Orła Białego (ówcześnie Rossmarkt) był dość typowym domem bogatego mieszczaństwa, w którym rządziła pani domu. Los sieroty na łaskawym chlebie nie był łatwy, a ponadto pani Salingre miała dość przykry charakter.
Lubił natomiast pannę Perard pan Salinger, z którym często grywała w szachy. Obowiązki Sophie Dorothèe polegały na towarzyszeniu córkom państwa Salinger, o których wykształcenie i dobre maniery bardzo dbano. Wysiłek kształcenia dziewczynek opłacił się rodzicom sowicie, ponieważ najstarsza z ich córek, podopieczna panny Perard, Marie Henriette wyszła w 1775 za mąż za hrabiego von Flemming z Bodzęcina (Basenthin). Henriette Louise dość krótko pracowała w domu państwa Salingre, opuściła go z ulgą, stając się damą do towarzystwa pani von Bülow w Berlinie, potem towarzysząc paniom von Arnim i von Malachowski. Sophie Dorothèe to ukochana ciotka pani Tilebein, kobieta rozumna i  wykształcona, utalentowana kompozytorka i pisarka.

Matka

Starsza z córek pastora Perarda, Henriette Louise, trafiła po śmierci rodziców do rodziny w Hanowerze. Tu poznała swego przyszłego męża, Filipa Henryka (Philippe Henri) Pepin, za którego wyszła za mąż w roku 1769.
Pan Pepin urodził się w Anglii, a w Hanowerze pełnił obowiązki nauczyciela domowego i chyba tak poznał swą przyszłą żonę. W roku małżeństwa został profesorem na Uniwersytecie w Getyndze (Göttingen). Pomimo francuskiego pochodzenia uważał się za Anglika i w życiu i w korespondencji najchętniej posługiwał się językiem angielskim.
W Getyndze urodziło się państwu Pepin dwoje dzieci: syn Guillaume Henri (1770-1771) i córka Sophie Caroline Auguste (20.12.1771). Pani Pepin umarła w trzy tygodnie po urodzeniu córeczki, 15.01.1772 roku.
Filip Henryk Pepin śmierć żony przypłacił ciężką depresją. Nigdy się powtórnie nie ożenił.

Dzieciństwo i młodość

Sophie Caroline Auguste Pepin była uroczym dzieckiem: pogodnym, inteligentnym, obdarzonym przez naturę wieloma talentami, które ojciec starał się rozwijać. Była też uderzająco podobna do matki. Ojciec kochał ją bardzo, ale nie był w stanie podołać wszystkim obowiązkom, dlatego też dziecko było wychowywane przez krewnych matki, przede wszystkim pastora Armanda z Hanoweru.
Sophie Caroline uczona była podstaw geografii, botaniki, religii, literatury, języków, gry na klawesynie i śpiewu. Edukację uzupełnił pobyt na pensji. Dziewczynkę wychowywano w duchu kalwińskim, ale do konfirmacji przystąpiła w kościele luterańskim. Mimo tego, że otaczała  ją troska i miłość dotkliwie odczuwała brak matki, na co uskarżała się w listach do przyjaciół nawet jako dorosła kobieta. Ojczyznę matki,   Pomorze, zobaczyła po raz pierwszy na przełomie lat 1786/1787. Przyjechała wówczas na zaproszenie ciotki, Sophie Dorothèe Perard, pełniącej obowiązki wychowawczyni dzieci swej byłej podopiecznej, hrabiny von Flemming z domu Salingre, w pałacu w  Bodzęcinie (Basenthin). Ciotka wprowadziła Sophie Caroline do towarzystwa. \
Piękna i utalentowana szesnastolatka zdobyła je szturmem; podziwiano jej bystry umysł, wdzięk i niebanalną urodę. Sophie Dorothèe Perard otoczyła siostrzenicę miłością i ciepłem, które ona odpłaciła serdecznym przywiązaniem, nazywając ciocię swą „drugą matką”.
Pomorskie wakacje zakończyły się po kilku miesiącach. Sophie Caroline wróciła do ojca, z którym pojechała do Berlina, a następnie do Paryża.

Madame Buyrette

W 1790 Sophie Caroline Auguste Pepin wyszła za mąż za szczecińskiego kupca Jeana Rodolpha Buyrette. Trudno powiedzieć, co połączyło 55-letniego mężczyznę z dziewiętnastoletnią profesorówną. Może była to po prostu miłość?
Poznali się najprawdopodobniej w domu państwa Salingre, podczas pierwszego pobytu panny Pepin w Szczecinie. Rodzina męża należała do najzamożniejszych w mieście. Ich majątek pochodził z handlu drewnem i winem, budowy statków oraz własnego przedsiębiorstwa  żeglugowego. Nowy dom Sophie Caroline Auguste mieścił się na Grosse Oderstrasse (ulica Wielka Odrzańska). Pan Buyrette był miłośnikiem przyrody, z młodą żoną chętnie jeździł na wycieczki poza miasto. Być może w trakcie takich przejażdżek zwrócili oboje uwagę na piękno wzgórza nadodrzańskiego we wsi Żelechowa (Züllchow) i zakupili stojącą tam chatkę zagrodnika. 
Posiadanie pozamiejskich rezydencji, pałacyków czy po prostu domów stawało się bardzo modne w świecie szczecińskiego mieszczaństwa. Modę na takie wilegiatury wprowadzała księżna Elżbieta Brunszwicka, kupując dawny klasztor w Jasienicy.
Bycie właścicielem podmiejskiego, letniego domu było nie tylko luksusową przyjemnością, ale też koniecznością: Szczecin był zamkniętą twierdzą i życie w nim, zwłaszcza latem, oznaczało narażanie się na niezliczone niedogodności.

Żelechowa (Züllchow)
Państwo  Buyrette uwielbiali swą żelechowską chatkę. Młoda pani nazywała domek „klejnotem” i obiecywała sobie zrobić z niego prawdziwe dzieło sztuki. Takie były początki słynnego „zameczku w Żelechowej”. Kupiony przez małżonków domek wymagał przebudowy. To, co zachwycało od razu, to jego położenie: na wysokim brzegu z pięknym widokiem na rozlewiska Odry i jezioro Dąbskie.  A poza tym pola, ogrody, łąki, cisza i spokój… Czarowi tego miejsca nikt wówczas nie był w stanie się oprzeć. Nowy nabytek Buyrette’ów mieścił się między Dorfstrasse (potem Schloßstrasse, obecnie ulica Robotnicza) a Mühlenweg (potem Gartenstrasse, obecnie ulica Zgorzelecka). Remont i przebudowa opóźniały się wskutek problemów finansowych pana Buyrette. Wojny przeciw rewolucyjnej Francji załamały  handel  europejski, co odczuły nawet szczecińskie firmy. Pomimo kłopotów finansowych pani Buyrette udzielała się towarzysko: na organizowanych w domu przy Gross Oderstrasse herbatkach grała, śpiewała, tańczyła (szczególnie pięknie kadryla). Ceniono jej gościnność, wytworne maniery, umiejętności towarzyskie.  Powszechnie i z sympatią nazywano ją „Pepinette”.
To radosne, uporządkowane życie zburzyła nagła śmierć męża 01.10.1796 r. Pan Buyrette, człowiek wielkiego serca i cnót, nie zostawił wielkiego spadku, najcenniejszym był „klejnot” w Żelechowej.

Pan Tilebein

Carl Gotthilf Tilebein urodził się w Szczecinie 15.04.1760 r. Rodzina Tilebeinów zajmowała się handlem winem, drewnem i zbożem. 
Kilkunastoletni Carl Gotthilf odbywał na polecenie ojca liczne podróże, w czasie których uczył się zawodu kupca. Przez 7 lat przebywał w Bordeaux, gdzie poznawał tajemnice uprawy winnej latorośli i winiarstwa.
Do Szczecina wrócił w 1784 roku. Początkowo pracował z ojcem, a po jego śmierci w 1787 wraz z mężem siostry, Johannem Tobiasem Pieske prowadził firmę „Tilebein und Comp.”. Był człowiekiem towarzyskim i otwartym, świetnie jeździł konno, lubił polowania. Należał do kręgu bliskich znajomych księżnej Elżbiety brunszwickiej, często towarzyszył jej na spacerach Sophie Auguste poznał, gdy była żoną pana Buyrette, gdy owdowiała pomagał jej w zawikłanych sprawach finansowych. Znajomość przerodziła się w miłość. Sophie Auguste i Carl Gotthilf zawarli małżeństwo w kościele Świętej Gertrudy w dniu 31.07.1797 roku. Po skromnym ślubie (od śmierci pierwszego męża nie minął przecież jeszcze rok) młoda para udała się w długą, bo trwającą ponad 11 miesięcy podróż poślubną.

Tour de Europe

Ich podróż poślubna to prawdziwa wyprawa po Europie. Podróżowano powoli, smakując mijane krajobrazy, miasta, państwa, przyglądając się sobie samym, innym ludziom, innym obyczajom.  Pierwszym znaczącym etapem podróży był Berlin, gdzie poznali m.in. dyrektora teatru berlińskiego Döbbelina. Być może gościli także u hrabiny Lichtenau, faworyty króla Fryderyka Wilhelma II (i w swoim czasie zwycięskiej rywalki ks. Elżbiety Brunszwickiej), z którą w bardzo dobrych stosunkach była ciotka pani Tilebein. W zdobywającym sławę uzdrowisku w Dolnej Saksonii, Pyrmont,  Tilebeinowie zażywali kąpieli leczniczych  i zawierali nowe znajomości, m.in. z księciem ks. Louisem Ferdynandem von Hohenzollernem. Pani Tilebein podziwiała talent muzyczny młodego księcia  i jego wspaniałe improwizacje fortepianowe. Nie była w tym osamotniona, talent Hohenzollerna doceniał sam Ludwig van Beethoven, który zadedykował mu III koncert fortepianowy. W towarzystwie czarującego księcia spędzali wszystkie wieczory. Odpoczynek w kurorcie dał siły do dalszej podróży, której celem był Paryż. Po drodze zawadzili o Rotterdam, który zdaniem Sophie Auguste był „najpiękniejszym miastem Europy” i Brukselę, nazywaną „małym Paryżem”. Tu szczecińska elegantka nabyła słynne brukselskie koronki, bez których „żadna kobieta w Paryżu nie jest szczęśliwa”. Do Paryża przybyli w listopadzie 1797 i zamieszkali w Hotel du Nord, gdzie wynajęli 5-pokojowy apartament. Paryż porewolucyjny zachwycił panią Tilebein. Po okresie jakobińskiego terroru i powszechnej nędzy, nowa, wzbogacona w czasie rewolucji burżuazja odreagowywała szarzyznę manifestując bogactwo i oddając się najbardziej szalonym zabawom. Miasto miało do zaoferowania 12 teatrów, Operę, Komedię, parki publiczne, piękne budowle. Tilebeinowie spędzali czas intensywnie: zwiedzali, bywali, podziwiali i uczyli się. Pani Tilebein brała lekcje włoskiego, gry na gitarze, śpiewu, doskonaliła umiejętności gry na klawesynie i znajomość literatury. Pracowała po 8 godzin dziennie. Resztę czasu małżonkowie  przeznaczali na koncerty, teatry, muzea i galerie. W  Paryżu poznali m.in. młodego architekta, urodzonego w Dąbiu, Friedricha Davida Gilly. Być może udało im się dostać zaproszenie na wieczór do słynnego salonu pani Recamier. Salon Julii Recamier uważany był za najwytworniejszy w Paryżu. Był też salonem szalenie ekskluzywnym, pojawienie się w nim uważano za certyfikat przynależności do towarzyskiego crême de la crême. W początkach kwietnia 1798 Tilebeinowie opuścili stolicę Francji i udali się do Anglii. Podobnie jak we Francji, panią Tilebein interesowało wszystko: ulice, sklepy, ludzie, teatry (te w porównaniu z paryskimi wypadły jej zdaniem gorzej).  W Anglii pani Tilebein miała podobno do wypełnienia misję: księżna Elżbieta Brunszwicka powierzyła jej list do córki, księżnej Yorku i Albany. Nic bliżej jednak o tej sprawienie nie wiadomo. W liście do ciotki, Sophie Auguste zapewniała, że księżna Yorku jest powszechnie „czczona i uwielbiana”. Po 2 miesiącach pobytu na wyspie Tilebeinowie wrócili na kontynent i rozpoczęli niespieszną podróż do domu.

Życie codzienne  Tilebeinów

Pierwszym problemem, który musieli rozwiązać po powrocie to kwestia wyboru mieszkania: czy rodzinny domu Tilebeinów przy Königsstrasse, czy dom Buyerretów przy Gross Oderstrasse 3-4. Ponieważ w domu przy Königsstrasse mieszkała też macocha pana Tilebeina i jego owdowiała siostra, zdecydowano się na dom przy Wielkiej Odrzańskiej.  Pani Tilebein zajęła się upiększaniem domu, a pan Tilebein rozwojem swej firmy. Tilebein był rzutkim przedsiębiorcą. Sprowadzał do swych szczecińskich piwnic wina, szampany, burgundy, araki, rumy, likiery. Był też właścicielem spichlerzy na Łasztowni. Prowadzona przez niego działalność wymagała częstych, męczących podróży. Regenerował siły między innymi jeżdżąc na polowania do  podszczecińskich lasów.  Towarzyski pan Tilebein często, nie uprzedzając żony,  przywoził do domu swych przyjaciół i narażał się z tego powodu na jej wyrzuty. Dom Tilebeinów był jednak przede wszystkim domem bardzo gościnnym. Przyjaciół witano chętnie, goszczono ich na herbatkach, wieczorkach kawowych, czy wytwornych kolacjach. Tilebeinowie mieli świetnego kucharza i…znakomity wybór trunków. Nie one jednak były głównym atutem domu: byli nim gospodarze, zawsze serdeczny, choć zapracowany pan i jego urocza i utalentowana małżonka. Życie codzienne nawet zamożnej pani domu w początkach XIX wieku wymagało sporo pracy i dużej samodyscypliny. Pani Tilebein prowadziła dwa domy: w Szczecinie i w Żelechowej. Miała do dyspozycji kucharza i służbę domową: pokojówki, służbę do cięższych prac, której liczba  zmieniała się w zależności od potrzeb. Personel domu tworzyli też kamerdyner, lokaj pana oraz stangret.
Codziennie rano Sophie Auguste musiała wyznaczyć zadania służbie, zadysponować obiad czy inne posiłki zwłaszcza, gdy zaproszeni byli goście. Musiała też dopilnować przygotowania i podania dań. W godzinach porannych wychodziła ze służącą na targ, by obejrzeć kramy, zrobić sprawunki domowe, zakupić potrzebne jej do robótek materiały, nici itp. Co jakiś czas umawiała się z krawcową, która szyła jej nowe suknie i z modystką, u której  zamawiała kapelusze. Do obowiązków pani domu należało też przeprowadzenie co jakiś czas „inwentaryzacji”.  Liczono wówczas cenną porcelanę i przede wszystkim srebra, które miały tę dziwną właściwość, że ginęły po wielkich przyjęciach.  Rewizji poddawano także piwnice, sprawdzając stan butelek win i innych trunków oraz spiżarnię, w której przechowywano mięsa, wędliny i przetwory. Co roku w grudniu zabijano woła lub krowę, a zapeklowane mięso musiało wystarczyć do wiosny.
Dom starano się prowadzić rozważnie, zgodnie z duchem oszczędności zaszczepionym przez surowych hugenotów, przodków pani Tielbein. W żelechowskim domu trzymano konie do powozów i pod wierzch, krowę, świnie i drób. Między obydwoma domami podróżowano często i mimo trudności z powodu kiepskich dróg, chętnie. Zimą do Żelechowej zdarzało się dojeżdżać po zamarzniętej Odrze.  W Żelechowej pan Tilebein przechowywał swój sprzęt myśliwski. Był zawołanym myśliwym, najchętniej polował w lasach Warszewa (Warsow), Żelechowej (Züllchow), Przęsocina (Neuendorf), Golęcina (Frauendorf) i Nowego Warpna (Neuwarp). Sophie Auguste wolny czas poświęcała lekturze, malarstwu, grze na fortepianie i robótkach ręcznych. Małżeństwo Tilebeinów było bezdzietne. To być może wyjaśnia miłość, z jaką oboje odnosili się do zwierząt.  Pan domu hodował sforę psów myśliwskich, pani papugi i mopsy.
Życie niecodzienne Tilebeinów

Pani Tilebein odnosiła sukcesy towarzyskie. W 1802 do Szczecina przyjechał książę Friedrich Franz von Mecklenburg – Schwerin i zamieszkał w domu Tilebeinów przy Wielkiej Odrzańskiej. Pani domu oddała mu na sypialnię swój własny pokój „różany”. Pobyt księcia był niebywałym honorem dla mieszczańskiej rodziny, ale łączyły się z nim ogromne wydatki, należało bowiem przyjmować na obiadach i kolacjach liczne towarzystwo. Tilebeinowie musieli zatrudnić dodatkowo 3 kucharzy.  Aby wszystkiego należycie dopilnować, spali po 2 godziny. Trudy i wydatki opłaciły się,  państwo Tilebein zyskali opinię najlepszych gospodarzy w mieście. Książę okazał się wdzięcznym gościem, zachwycona Sophie Auguste pisała,  iż na zakończenie wizyty podarował jej kolię z chryzoprazów i małych diamentów i ponad 20 razy powiedział, że nigdy nie czuł się tak szczęśliwy jak wśród nich.
Opinia księcia ugruntowała pozycję towarzyską Tilebeinów. Byli teraz zapraszani na przyjęcia i bale do domów arystokratów i urzędników pomorskich, m.in. prezydenta Najwyższego Sądu Krajowego (Oberlandesgerichtspräsident) barona von Recka. Sami również wiele przyjmowali. Na wydawanych przez nich balach bawiło się nawet 150 gości. Tańczono anglezy, walce i kadryle. Małe przyjęcia gromadziły 10-15 osób. W czasie kameralnych spotkań najchętniej dyskutowano i muzykowano.  Stałymi bywalcami wieczorów byli von Ingerslebenowie, von Reckowie, Wiezlowowie, Salingre, jednak pierwszym i najważniejszym gościem była mieszkająca na szczecińskim zamku ks. Elżbieta Brunszwicka.  W czasie przyjęć z angielska zwanych herbacianymi, częstowano gości m.in. pasztetami na zimno i znakomitymi winami. Latem organizowano pikniki na wzgórzu Weinberg, później zwanym Elisenhöhe, a obecnie Wzgórzem Kupały na Golęcinie (Frauendorf). Czas spędzano też na koncertach i przedstawieniach teatralnych. Wydarzeniem towarzyskim i artystycznym była wizyta w Szczecinie dyrektora Królewskiego Teatru w Berlinie Augusta Wilhelma Ifflanda, którego pani Tilebein uważała przede wszystkim za genialnego komika i aktora charakterystycznego, a który do historii teatru niemieckiego  przeszedł przede wszystkim jako propagator sztuk Schillera i Goethego. Może pod wpływem kunsztu Ifflanda pani Tilebein zajęła się sama organizowaniem kółka teatralnego, w którym grywała ambitne role, np. Fedry w sztuce Racine’a.

Berliński salon pani Rahel Varnhagen

Potrzebujący stale nowych inspiracji niespokojny umysł pani Tilebein w jej własnej opinii umierał w Szczecinie. Zdecydowała, że 9 miesięcy spędzać będzie w Szczecinie, a 3 w Berlinie. Potrzebowała bliskości źródeł kultury, teatrów, muzeów i rozmów z  wykształconymi ludźmi. Plan pozostał co prawda na papierze, ale w 1805 oboje Tilebeinowie pojechali do Berlina. Zamieszkali w hotelu „Paris”,  zobaczyli się z ciotką Perard, bywali w operze, w teatrach, na koncertach. Odnowili znajomość z  poznanym w Pyrmont ks. Louisem Ferdinandem, nawiązali znajomość z „pięknoduchem” Carlem Gustawem von Brinckmannem, przede wszystkim zaś zaczęli bywać w salonie pani Rahel Varnhagen. Był to najbardziej elegancki salon Berlina, a jego gospodyni to jedna z najbardziej fascynujących osób swoich czasów. W salonie Rahel Varnhagen gromadzili się ludzie tej klasy, co filozofowie Schlegel, Schelling, Schleiermacher, a także Alexander i Wilhelm von Humboldtowie, baron von Brückmann oraz  arystokracja z  księciem Louisem Ferdinandem, który tu  właśnie najchętniej grywał swe kompozycje. Gospodyni była zaprzyjaźniona z  Johannem Wolfgangiem Goethe. Salon Rahel Varnhagen zrobił na pani Tilebein ogromne wrażenie. Spotkała w nim największe ówczesne niemieckie  umysły, malarzy, kompozytorów. Także sama gospodyni, córka berlińskiego jubilera żydowskiego pochodzenia, bardzo szczeciniance zaimponowała. Pod wpływem spotkania z piękną Rahel zapragnęła zmienić charakter swego salonu. Miał on być nie tylko miejscem spotkań szczecińskich pięknych i bogatych, ale przede wszystkim kuźnią intelektualną i artystyczną. Z takim postanowieniem wracała zapewne do Szczecina. Z realizacją pomysłu musiała jednak poczekać.
Francuzi w Szczecinie

W 1805 zawiązała się kolejna antyfrancuska koalicja. Pani Tilebein interesowała się i Francją i Napoleonem. Cesarza podziwiała, w swym dzienniku pisała: „Co za bohater z tego Bonapartego! Jacyż bohaterowie ci Francuzi! I co za nowa taktyka, której nasi starzy generałowie (…) nie są w stanie się oprzeć!”. Zwycięstwa Napoleona w wojnie z Prusami wygnały króla Fryderyka Wilhelma III i piękną królową Luizę z Berlina. W marcu 1806 dostojni goście znaleźli się w Szczecinie. Ale już od poprzedniego roku miasto zapełniało się obcymi, pojawili się m.in. Rosjanie, którzy przez Szczecin ciągnęli na pole nieszczęsnej bitwy pod Austerlitz (02.12.1805). Dla pruskich i rosyjskich oficerów wydawano przyjęcia i bale. Również pan Tilebein ku niezadowoleniu małżonki przyjmował przybyszów. Sophie Auguste skarżyła się, że zamienia jej piękny dom w schronisko i bez skrupułów wysyłała męża do wszystkich diabłów. Ostatecznie jednak i jej udzielił się patriotyczny nastrój, przestała liczyć koszty (potężne) tych wszystkich przyjęć i z radością bywała na balach, których gwiazdą była uwielbiana powszechnie prześliczna królowa Luiza. Szczecin godnie czcił pobyt monarszej pary, wydawano przyjęcia i bale: u rosyjskiego konsula przy Pl. Orła Białego (Rossmarkt), w pałacu von Boninów, w Sali Giełdy przy ulicy Bollwerk, w Kasynie na Wielkiej Odrzańskiej 22. Miasto z okazji wizyty Hohenzollernów było iluminowane. Pobyt Fryderyka Wilhelma miał też miły dla Tilebeinów akcent,   mąż Sophie Auguste otrzymał tytuł tajnego radcy handlowego (Geheimkommerzienrat). To wyróżnienie i królewska łaska bardzo ucieszyły panią Tilebein. Przestała się boczyć na pruską rodzinę monarszą i wychwalać Napoleona. Z tytułu tajnej radczyni był bardzo dumna. Tak bardzo, że nawet prywatne listy zaczęła podpisywać „Frau Geheimrätin”.
Tymczasem do Szczecina napływały informacje o kolejnych klęskach armii pruskiej w wojnie z Napoleonem. W dniu 10.10.1806 r. zginął śmiercią żołnierza książę-kompozytor Louis Ferdinand. Pani Tilebein bardzo mocno tę śmierć przeżyła. Trudne czasy, obecność śmierci skierowały jej uwagę ku filozofii. Tematy filozoficzne poruszać będzie przede wszystkim w listach do barona von Brinckmanna, który stał się jej duchowym przewodnikiem. Ich przyjaźń i korespondencja  przetrwa do jego śmierci w 1847. Tymczasem 26.10.1806 roku komendant szczecińskiej twierdzy, von Romberg poddał miasto dowódcy oddziału kawalerii francuskiej, gen. Lasalle.

Żelechowa – ich miłość

Tilebeinowie od początku swego małżeństwa marzyli o przebudowie żelechowskiego „klejnotu” na ładną, podmiejską rezydencję. Podróże i zebrane w ciągu lat wrażenia ostatecznie zachęciły ich do podjęciach działań związanych z przebudową żelechowskiej posiadłości. Latem 1806 r. odbyła pani Tilebein podróż do Drezna. Po drodze zwiedziła pałac księcia Leopolda Friedricha Franza von Anhalt-Dessau w Wörlitz. Zachwycił ją park w stylu angielskim, gloriety i pełne wdzięku i harmonii niewielkie pałacyki. Zapragnęła mieć coś podobnego w Żelechowej. Podobno pierwsze plany willi Tilebeinów sporządził jeden z największych architektów europejskich, Carl Friedrich Schinkel, którego pani Tilebein poznała w 1806 roku. Nowy żelechowski dom powstał jako budowla w stylu późnego klasycyzmu, trudno jednak powiedzieć, jaki udział w jego projektowaniu miał „królewski architekt”, który od 1809 roku ze Szczecinem był powiązany rodzinnie, ponieważ ożenił się ze szczecinianką, podobnie jak pani Tilebein potomkinią hugenotów, Eleonore Susette Henriette Berger. Po prawie trzech latach pracy i budowy „zameczek” był gotowy do zamieszkania i przyjmowania gości. Składał się z wielu pokoi i salonów. Był tam gabinet pana domu, pokoje sypialne gospodarzy, garderoby, buduar pani, pokoje dla gości, biblioteka, jadalnia, piękny pokój muzyczny z widokiem na park i rzekę. Dom został umeblowany sprzętami częściowo przewiezionymi z mieszkania szczecińskiego, częściowo nowymi meblami sprowadzonymi z Berlina. Wystrój wnętrz uzupełniły kandelabry z brązu i srebra, wazony z porcelany, ozdobne narzuty na sofy, obrazy zakupione w Dreźnie i Lipsku oraz malowane przez sama panią Tilebein, utalentowaną malarkę-amatorkę.  Na zewnątrz roztaczał się piękny park w angielskim stylu, który schodził aż do Odry. Zimą można było obserwować skutą lodem rzekę, latem żeglujące po niej statki i łódki. Radość z wybudowania i umeblowania pięknego domu mąciły  żądania finansowe władz francuskich, coraz trudniejsze do spełnienia dla biedniejących szczecinian.

W zaciszu dworku w Żelechowej

Panowanie francuskie w mieście zakończyło się ostatecznie 05.10.1813 r. Wielbicielka Napoleona sprzed kilku lat, w 1814 zapisała w dzienniku: „Alleluja! Detronizacja Bonapartego!”. Po kilkuletniej okupacji Francuzów na Pomorzu wszyscy mieli dość. Upływające lata spędzali Tilebeinowie w podróżach: on związanych przede wszystkim z handlem, ona w poszukiwaniu nowych wrażeń i znajomości. Kontynuowano zwyczaje towarzyskie, bywano w Jasienicy u księżnej Elżbiety. Latem 1820 przybył do Szczecina następca tronu, późniejszy król Fryderyk Wilhelm IV i odbył przejażdżkę statkiem do Golęcina (Frauendorf). Towarzyszył mu tajny radca Tilebein. Radca od kilku lat nie czuł się nie najlepiej, pomimo to nie rezygnował ani z pracy ani ze swej ulubionej rozrywki, polowania. Lubił zwłaszcza zimowe wyprawy myśliwskie. W czasie polowania zimą 1817 doznał jakiegoś nieszczęśliwego wypadku. Od tego czasu zaczęły się problemy zdrowotne, wielogodzinne krwawienia z nosa, kaszel, temperatura. Za radą lekarzy udał się do słynnego uzdrowiska w Karlsbadzie.  W roku 1819 wraz z żoną odwiedził w Berlinie kilku lekarzy, ale choroba  postępowała. W lutym 1819 sporządził testament, w którym ustanawiał żonę generalną spadkobierczynią  swego majątku. Zmarł 07.07.1820 roku. Pani Tilebein zapisała „mój drogi, ukochany Tilebein zmarł dziś o wpół do 4 rano”. Rozpoczynał się dla niej długi czas wdowieństwa.

Frau Witwe Tilebein

Carl Gotthilf Tilebein został pochowany w mauzoleum na terenie parku w Żelechowej.
W kilka dni po śmierci męża Sophie Auguste pisała do przyjaciółki, profesorowej von Haselberg z Greifswaldu; „Straciłam go, mężczyznę mojej młodości (…) moją podporę, mojego pocieszyciela, mego doradcę, mój dąb, o który opierałam swoją słabość. Jego stały, męski, prawy charakter był moją dumą (…), jego niemożliwe do opisania przywiązanie było moim szczęściem (..) Piorun z jasnego nieba cisnął mnie o ziemię”. W nekrologu zamieszczonym w szczecińskiej gazecie, Königlich Preusisch Pommersche Zeitung, znalazło się zdanie o gorzkiej stracie, która zniszczyła jej szczęśliwe życie. Pogrążyła się w bólu i cierpieniu. Rozpamiętywała. Do przyjaciółki pisała, jak  „smutny to zawód być panią i panem domu w jednej osobie”. Pustkę, jaka została po śmierci Carla Gotthilfa, starała się wypełnić podejmując się opieki nad synem jego siostrzenicy – Josephem Lüdtke. Dużo przebywała w towarzystwie Caroline Velthusen, której obecność przynosiła jej spokój. To rozsądna i wesoła  Caroline zaproponowała wspólny wyjazd do  Weimaru. Wyjechały w czerwcu 1821 roku i spędziły w mieście Goethego 5 miesięcy.

Weimar poetów

Droga do Weimaru była pielgrzymką w stronę i w strony dzieciństwa. Odwiedziny Getyngi (Göttingen), miasta, w którym przyszła na świat, w którym zmarła jej matka, miały siłę powrotu do źródła, do spraw i ludzi wydobywanych już tylko siłą wspomnień z mroków niepamięci. Weimar roku 1821 był stolicą małego, choć wielkiego w nazwie księstwa,  Grossherzogtum Sachsem–Weimar-Eisenach, rządzonego przez księcia Carla Augusta,  siostrzeńca Elżbiety Brunszwickiej (Lisbeth von Stettin, szczecinianki z przymusu). Synową władcy była Maria Pawłowna, córka cara Pawła I i Marii Fiodorowny (szczecinianki Zofii Doroty Wirtemberskiej). Książę  był mecenasem kultury i dobroczyńcą poetów: Johanna Wolfganga Goethego, Friedricha Schillera, Christopha Martina Wielanda. To dzięki nim, poetom,  weimarski dwór stał się centrum życia kulturalnego wszystkich krajów niemieckich. O dworze weimarskim mawiano wówczas  po prostu: „książę i jego poeci”. Weimar miał wielką siłę atrakcji, przyciągał przede wszystkim potężną osobowością Goethego. Pani Tilebein Goethego jednak w Weimarze nie spotkała, może nawet nie starała się o kontakt z nim. Pisała:  „Nie mam nic, co mogłabym dzielić z człowiekiem takim jak Goethe”. Ale Olimpijczyk ją fascynował, miała w bibliotece wszystkie jego dzieła,  kolekcjonowała jego rękopisy, bardzo lubiła jego  dramat "Torquato Tasso". Pobyt w Weimarze przywrócił ją do życia i jego radości. Spotkała tu ostatnią wielką miłość swego życia, Georga Friedricha Konrada Ludwiga Gerstenbergka.

Gerstenbergk, czyli o miłości, która nigdy nie przychodzi za późno…

Był od niej młodszy o 9 lat i był prawnikiem, politykiem i…poetą. Przez wiele lat związany był z bardzo ekscentryczną kobietą, Johanne Schopenhauer, matką filozofa Artura. W chwili, gdy w Weimarze pojawiła się pani Tilebein związek z gdańszczanką był już w zasadzie zakończony, choć przez jakiś czas jeszcze pani Schopenhauer myślała o wydaniu za Gerstenbergka swej córki Adeli. Sophie Auguste zafascynowała poetę. Jej spokojna elegancja, czar, umiejętność skupienia się na rozmówcy ujęły Georga Friedricha. Pogrążonej w żałobie szczeciniance ofiarował czas i miłość. Pani Tilebein przyjęła tylko adorację. Gdy pisała „moje serce jest głęboko pochowane”, myślała o nieżyjącym mężu. Ale przystojny poeta zajmował w jej sercu coraz więcej miejsca. Miłość swą przeżywali w romantycznej konwencji, wyrażali ją w listach (ona) i w wierszach (on). Ich pełna serdeczności korespondencja potrwa do jego śmierci w 1838 roku. Na Boże Narodzenie 1823 poeta ofiarował pani Tilebein przewiązane czerwoną wstążką swe wiersze z dedykacją ”Weihnachtsgabe als Dank, als Bitte, von Friedrich von Gerstenbergk”. Dzięki miłości Gerstenbergka jesienią 1821 wróciła do Szczecina pełna życia, zapału i energii kobieta. Kobieta kochana.
Żelechowa – szczeciński Parnas

Po powrocie z Weimaru panią Tilebein rozsadzała energia. Znowu organizowała życie artystyczne i towarzyskie miasta, odnawiała znajomości i nawiązywała nowe. Długa przyjaźń łączyła ją z Jacobem Friedrichem von Wietzlowem, który był właścicielem pałacu Pod Globusem,  jej żelechowską rezydencję odwiedzali członkowie pruskiego domu panującego: książę Albrecht z księżniczkami Alexandrine i Louise, następca tronu Friedrich Wilhelm z żoną Elizabeth.To na cześć księżnej Elisabeth w 1825 przemianowano wzgórze Weinberg, na którym szczecinianie organizowali pikniki, na Wzgórze Elizy (Elisenhöhe).

Loewe

W salonie pani Tilebein zawsze królowała muzyka. Sama Sophie Auguste chętnie grywała na klawesynie. W swym domu miała 3 fortepiany i prawie cały komplet instrumentów, aby goście nie musieli przywozić własnych i  by można było muzykować, gdy tylko przyjdzie na to ochota. W Żelechowej wykonywano muzykę Mozarta, Haendla, Webera, Mendelssohna, Beethovena, ks. Radziwiłła, ks. Luisa Ferdynanda. W 1820 roku do Szczecina przybył Carl Loewe. Szybko znalazł się w kręgu pani Tilebein, która mocno interesowała się nie tylko jego twórczością, ale także działaniami związanymi z wystawianiem w Szczecinie wielkich dzieł muzycznych: „Pasji według św. Mateusza” i „Pasji według św. Jana” Jana Sebastiana Bacha, „IX Symfonii” Ludwiga van Beethovena oraz światowym prawykonaniem „Snu nocy letniej” Felixa Mendelssohna-Bartholdy'ego. Loewe w salonie Sophie Auguste wykonywał przede wszystkim własne kompozycje. Pani Tilebein z czułością mówiła, że jest jej „nadwornym, żelechowskim kapelmistrzem” („Züllchower Hofkapellemeister”). Lubiła zarówno jego pierwszą żonę, Julie z domu Jacob, jak i drugą,  urodzoną w Chojnie, Auguste z domu Lange. Przyjaźnią obejmowała również córki Carla Loewe, Julie (później Bothwell) i Adele. Loewe odwdzięczał się swej protektorce dedykując jej swe utwory.

Rodzina Johanna Wolfganga Goethe w Szczecinie

W 1826 do Szczecina przyjechała Ottilie Goethe, synowa Johanna Wolfganga z matką, Henriette Ottilie Ulrike von Pogwisch z domu hr. Henkel von Donnersmarck i babką hr. Ottilie von  Henkel von Donnersmarck z domu hr. von Lepel, Pomorzanką urodzoną w pałacu w podszczecińskich Rzędzianach (Nasseheide, Kreis Randow). Panie jechały do swych pomorskich dóbr: Rzędziany (Nassenheide), Buk (Boeck), Blankensee, towarzyszyli im wnukowie Goethego: Walter ur.1818(19), i Wolfgang (ur. 1820). Całe to liczne towarzystwo gościło w Żelechowej u pani Tilebein. Synową Goethego i jej matkę, damę dworu księżnej Marii Pawłowy, synowej księcia Carla Augusta, poznała pani radczyni w Weimarze. Poważna Ottilie Goethe musiała przypaść pani Tilebein do serca, a z kolei Szczecin i jego mili mieszkańcy zapadli w pamięć pięknej Ottilie, kiedy bowiem w 1827 urodziła swe trzecie dziecko, nadała córeczce imiona: Alma Sedina Henriette Cornelia.  Z rodziną Goethego była Sophie Auguste w stałym kontakcie. Gdy 1836 wnukowie  Goethego zapragnęli  odbyć podróż parostatkiem na Rugię, po drodze odwiedzili Szczecin i byli podejmowani przez panią Tilebein podwieczorkiem na Elisenhöhe. Dzięki protekcji pani radczyni Walter Goethe uczył się kompozycji u Carla Loewe. Ostatecznie młody Goethe zawiódł nadzieje swego mistrza i od muzyki odszedł.

„Szlachetny człowiek przyciąga szlachetnych”- Goethe

Bliskie związki łączyły Panią Tilebein z kręgiem uczonych, skupionym wokół Królewskiego i Miejskiego Gimnazjum (Vereinigte Königliche und Stadt-Gymnasium). Interesowała się badaniami nad historią Słowian Ludwiga Giesebrechta (ur.1792 – zm. 1873 w Jasienicy). Czytywała też jego wiersze i najpewniej to ona zasugerowała, by Loewe  komponował do nich muzykę. Pedagogiczne pasje Gisebrechta wyrażające się w napisaniu rozprawki o wychowaniu „Damaris”, w której starał się łączyć ideały wychowawcze starożytności z poglądami współczesnymi  łączyły go z innymi gośćmi pani Tilebein, nauczycielem z pasji i powołania Friedrichem Ferdinandem Georgiem Calo (ur.1 814 w Szczecinie –zm. 1872 w Szczecinie) i Justusem Grossmannem. Profesorowie Gimnazjum do salonu pani Tilebein wnosili nie tylko imponującą erudycję, ale też swoje pasje polityczne, nadające nowe barwy dyskusjom w żelechowskim salonie.

Jej portret
Miała żywą, elektryzującą osobowość. Była szlachetna, wierna w przyjaźni, chętnie protegowała i inspirowała. Świat ją ciekawił. Przyjaźniła się zarówno z rówieśnikami, jak i ludźmi całe pokolenia od niej młodszymi. Uważała się za ateistkę, pisała, że nie wierzy ani w Boga ani w nieśmiertelność. Jej przyjaciele podkreślali jednak, że uznawała przesłanie moralne Biblii, że żyła w zgodzie z nim. Jedną z jej ulubionych lektur był psalm 39. Zawsze kochała piękno: ludzi, przyrody, przedmiotów. Była utalentowaną malarką, lubiła malować dzieci, chętnie też kopiowała dzieła dawnych mistrzów. W żelechowskiej galerii obrazów znajdowały się prace m.in. Friedricha Goerga Weitscha, Wilhelma Schadowa, Augusta Runge, rysunki Juliusa von Minutoli oraz bardzo dobre kopie dzieł  Tintoretta, Rembrandta, Correggia, Giudo Reni, Rubensa, Carlo Dolce, Rafaela (Madonna Della Sedia). Bibliotekę wypełniały książki Woltera, Szekspira, Goethego, La Fonatine, prace  historyczne i ekonomiczne, dzieła literatury angielskiej i francuskiej oraz  książki poświęcone Pomorzu („Heimatliteratur”): Brüggemanna, Friedeborna, Mikraeliusa, roczniki Baltische Studien. Nie brakowało oczywiście Encyklopedia Diderota oraz prac XVIII-wiecznych filozofów. Pokój biblioteczny ozdabiały popiersia Goethego i Schillera. Pani Tilebein była nie tylko smakoszem życia, zawsze lubiła dobrą, wykwintną wręcz kuchnię.  Lubiła wino z regionu Medoc, galaretkę z pigwy, owoce w brandy, kapary, likiery, kawę.

Śmierć

Sophie Caroline Auguste Tilebein zmarła 21.08.1854 r. w Żelechowej, mając 83 lata. Pochowano ją w mauzoleum u boku męża. Jej trumnę udekorowano uwielbianymi przez nią hortensjami. Pastor wygłosił mowę pogrzebową opartą na cytacie z Ewangelii św. Łukasza „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju.”

Testament

Ostatnia wola pani Tilebein była prosta: część pieniędzy przeznaczyła na roczne renty dla przyjaciół i służby, pozostałą na utworzenie Fundacji, Tilebein-Stiftung, opiekującej się niezamożnymi dziewczynami w trudnej sytuacji. W skład Fundacji weszły też wszystkie żelechowskie budynki: pałac, budynki gospodarcze, domek ogrodnika, kaplica z mauzoleum Tilebeinów oraz park. Corocznie, 21 sierpnia, dziewczęta, które znalazły schronienie w Żelechowej, personel i przyjaciele Fundacji zbierali się w kaplicy, by uczcić  pamięć fundatorki.

Fundacja

Fundacja Tilebeinów istniała nieprzerwanie do 1945 r. Przechodziła trudne lata zwłaszcza po I wojnie światowej, gdy załamała się gospodarka Niemiec, jednak dzięki rozsądnym decyzjom kryzys przetrwała.
Kres żelechowskiemu domowi przyniosła II wojna światowa. Nalot w nocy z 29 na 30 sierpnia 1944 zburzył pałac i budynki boczne, na szczęście ludzie nie zginęli.  Mauzoleum i domek ogrodnika zostały nienaruszone. W chwili zbombardowania, w pałacu nie było żadnych wartościowych przedmiotów; wyposażenie zostało wcześniej wywiezione do Święciechowa, w powiecie myśliborskim (Silberberg, Kreis Arnswalde). Co się z nim stało po wojnie -  nie wiadomo… Samą fundację, jako Tilebein-Stiftung Stettin-Züllchow, odnowiono  w 1975 r. Jej siedzibą jest Kilonia (Kiel).

(tekst opublikowany w 2009 r. na portalu stetinum.pl)

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 28.08.2012

Komentarze

concerning Jacques Pérard

Dear Madam, dear Sir,

I'm currently working on the life, correspondence and networks of Jacques de Pérard (1713-1766), and I'd like to be in touch with the author of this very interesting paper concerning the family life in 18th century Stettin.

Sincerely yours,

Pr. Dr. Pierre-Yves Beaurepaire

pybeaurepaire@gmail.com

Sposób wyświetlania komentarzy

Wybierz preferowany sposób wyświetlania komentarzy i kliknij "Zachowaj ustawienia", by wprowadzić zmiany.