Historia pewnego entuzjazmu

W ostatnim numerze "GCh" przeczytałam kolejną wypowiedź Radosława Skryckiego na temat idei stworzenia w Chojnie muzeum. Tekst powstał, ponieważ autor czuł się wywołany tekstem Ewy De La Torre ("GCh" nr 12). Robi się z tego teraz mały łańcuszek, gdyż ja z kolei czuję się wywołana tekstem R. Skryckiego, mimo że ani mieszkańcem, ani włodarzem Chojny nie jestem. Nie kryłam, ani na łamach "GCh", ani w wielu rozmowach z działaczami w naszym regionie, swego entuzjazmu dla tej idei. Ponadto w artykule wymieniany jest także "Rocznik Chojeński", do którego kolegium redakcyjnego Radek Skrycki mnie zaprosił i które to zaproszenie przyjęłam z równie dużym entuzjazmem. Dlatego tekst, do którego się odnoszę, i wyrażone w nim wielkie rozgoryczenie autora, dotyka mnie osobiście. Fakt ten pozwolę sobie przełożyć na równie osobiste odpowiedzi: Drogi Radku, do entuzjazmu nie można nikogo zmusić, entuzjazmem można jedynie innych zarazić. Szanowni Włodarze i Obywatele Chojny, Szanowni Obywatele Doliny Dolnej Odry, entuzjazmem można dać się zarazić, entuzjazmem można z pełną świadomością CHCIEĆ dać się zarazić. Można też swoją obojętnością go stłamsić, zdusić, zabić.

Jakby na zamówienie, w "Gazecie Wyborczej" z 28-29 marca pojawiły się dwa teksty. W artykule "Dumny naród stoi po kiełbasę" Jarosław Kurski pisze: "Stawką referendum akcesyjnego (do UE - przyp. SK) było przypieczętowanie najlepszej od 300 lat dla Polski dziejowej koniunktury. Przypomnijmy, że walka toczyła się nie między przeciwnikami i zwolennikami akcesji, ale między tymi, którzy poszli, a tymi, którym to wisiało. Tylko dzięki intensywnej kampanii i rozciągnięciu głosowania na dwa dni heroiczny nasz naród stoczył zwycięską walkę z własnym lenistwem i przekroczył 50-proc. próg ważności referendum o niecałe 9 proc.". Drugi tekst to wywiad Marcina Wojciechowskiego z Timothy Snyderem - profesorem historii w Yale University pt. "Zakładnicy pamięci". Profesor mówi tam m.in.: "Praktykując politykę historyczną, część Polaków zapędza się w pułapkę. Historia Polski jest taka, że Polacy mogą wymagać od Niemców czy Rosjan pewnej wrażliwości i szacunku. Nie trzeba do tego tworzyć mitów. Tym bardziej, że wasi wrogowie w Niemczech czy Rosji powiedzą, że to nie jest historia, ale właśnie mit. Narrację historyczną idącą w stronę mitu zbyt łatwo obalić. (...) Najsłuszniejsza polityka historyczna to otwarty dostęp do archiwów, swoboda badań dla historyków, konfrontacja różnych punktów widzenia".

Nam, Polakom urodzonym na tak zwanych "ziemiach odzyskanych", przyszło żyć w prawdziwej krainie mitów. Przyjmijmy to wyzwanie losu jednocześnie z godnością i pokorą. Nie uciekajmy od niego, zasłaniając się codzienną pogonią za kiełbasą. Kultura jest wyznacznikiem człowieczeństwa. Bądźmy ludźmi na co dzień - porozmawiajmy o muzeum! Bo nam, Polakom z "krainy mitów", bardziej potrzeba muzeów i solidnie pracujących historyków niż Polakom z regionów Polski tysiącletniej.

Zacznę sama rozmową z Andrzejem Jermarczykiem - prezesem Klubu Przyrodników ze Świebodzina.

Saba Keller: - Proszę przedstawić nam działalność stowarzyszenia.
A. Jermarczyk: - Klub Przyrodników działa na polu ochrony przyrody i edukacji ekologicznej. Oprócz biura w Świebodzinie, klub posiada dwie placówki terenowe: stację terenową w Owczarach koło Górzycy oraz Muzeum Przyrodnicze w Kostrzynie. Obie leżą na Ziemi Lubuskiej, w niewielkiej (11 km) odległości od siebie i ściśle współpracują. Muzeum w Kostrzynie to przede wszystkim ekspozycja przyrodnicza, jednak funkcjonuje tam także prowadzony przez nas punkt informacji turystyczno-przyrodniczej, księgarnia przyrodnicza (prowadząca także sprzedaż wysyłkową) oraz wypożyczalnia rowerów. Stacja w Owczarach, oprócz ekspozycji Muzeum Łąki, prowadzi schronisko turystyczne oraz realizuje szereg projektów ochrony krajobrazu rolniczego. W latach 1990-2000 klub posiadał także stację terenową w Bogdance k. Drawna. W 2001 r. obiekt został przejęty przez Drawieński Park Narodowy i od tego czasu niszczeje, jedynie w lecie służąc jako punkt gastronomiczny.
- Czy Klub Przyrodników jest stowarzyszeniem z działalnością gospodarczą? Ilu zatrudnia pracowników?
- Tak, klub prowadzi działalność gospodarczą, stanowi to ok. 1/4-1/3 naszych dochodów. Jest to głównie działalność ekspercka, opracowujemy różne dokumentacje, plany ochrony obszarów chronionych itp., ale także praca stacji terenowej w Owczarach, czyli oferta dydaktyczna dla wycieczek, noclegi, sprzedaż wydawnictw. Stowarzyszenie jest właścicielem lub zarządcą ponad 100 ha ziemi, na 35 ha otrzymujemy dotacje unijne z tytułu udziału w programach rolnośrodowiskowych. Stacja i działające przy niej Muzeum Łąki utrzymują się same, są tam zatrudnione dwie osoby. W muzeum w Kostrzynie jest zatrudniona jedna osoba na cały etat i jedna na pół. Poza tym Klub Przyrodników i jego biuro w Świebodzinie realizują liczne programy finansowane z różnych źródeł. Czasami trzeba którąś z placówek wesprzeć ze środków otrzymanych na realizację programu, ale jest to rzadkie. Ogólnie radzimy sobie dobrze i jesteśmy samodzielni.
- Jak powstały placówki? Kto jest właścicielem budynków?
- Notarialnym właścicielem nieruchomości i ziemi rolnej jest Klub Przyrodników. Kupiliśmy je od gminy za przysłowiową złotówkę. W chwili przejęcia były to ruiny, które zostały wyremontowane dzięki dotacji z EkoFunduszu, DBU i WWF.
- Czy samorząd wspiera działalność muzeum?
- Obecnie w zasadzie nie, poza sporadycznymi małymi kwotami, stanowiącymi 1-2% kosztów.
- Jak układa się współpraca ze szkołami?
- W miarę regularnie współpracujemy z kilkunastoma, z których grupy przyjeżdżają co roku na wycieczki czy obozy, poza tym stację odwiedza kilkadziesiąt innych grup. Nie można jednak mówić o stałych kontraktach. Rocznie odwiedza nas 40-50 grup autokarowych, czyli w każdej jest ok. 40 osób. Dużą konkurencją dla nas jest oferta dydaktyczna parków narodowych czy Lasów Państwowych, które oferują u siebie zajęcia za darmo. My musimy pobierać opłaty, jednak staramy się, aby nasza oferta była na tyle interesująca, aby przyciągnąć chętnych.
- Jaką radę miałby Pan dla osób chcących stworzyć muzeum - placówkę żywą i ważną dla regionu i jego społeczności?
- Jeśli miałoby to być tylko małe regionalne muzeum, to myślę, że nie dałoby się go utrzymać bez wsparcia samorządu. Przy zatrudnionej jednej osobie byłby to pewnie koszt rzędu 30-40 tys. rocznie. Gdyby jednak miała to prowadzić rzutka osoba, dobry menedżer, to przy 10-12 tys. odwiedzających rocznie i przy ciekawej ofercie dydaktycznej, czyli przy prowadzeniu zajęć dydaktycznych, na które bilety byłyby droższe, placówka miałaby szansę na to, aby w dużej części zarobić na swoje utrzymanie. Warto też poszukać sobie dobrego partnera. Byłem niedawno w Muzeum Żurawia koło Stralsundu, które jest finansowane przez Lufthansę. Mają ciekawą ekspozycję i przyciągają dużą liczbę odwiedzających. Wszystko zależy od ciekawej i dobrze przemyślanej koncepcji. W każdym razie życzę inicjatorom powodzenia.
- Dziękuję za rozmowę, a życzenia powodzenia przekażę dalej.
Saba Keller - Widuchowa

Vollständiger Text/ cały tekst: http://www.gazeta.chojna.com.pl/gazeta.php?numer=09-14&temat...
Veröffentlichung/ data publikacji: 07.04.2009