Legendarna Wineta to właśnie Wolin - Pomerania Nostra 2009

W zabytkowej auli Uniwersytetu Ernsta-Moritza-Arndta w Greifswaldzie wręczona dziś (piątek) zostanie Polsko-Niemiecka Nagroda „Pomerania Nostra”. Otrzyma ją szczeciński archeolog, prof. Władysław Filipowiak. Decyzję taką podjęła pół roku temu Kapituła Nagrody, w skład której wchodzą przedstawiciele fundatorów: prezydent Miasta Szczecin, nadburmistrz Uniwersyteckiego i Hanzeatyckiego Miasta Greifswald, rektorzy uniwersytetów Greifswaldzkiego i Szczecińskiego oraz redaktorzy naczelni „Kuriera Szczecińskiego” i „Nordkuriera”.
„Pomerania Nostra” przyznawana jest co dwa lata osobom szczególnie zasłużonym dla Pomorza w sztuce, nauce, polityce i gospodarce. Ustanowiona została w 2003 r. przez dwa uniwersytety pomorskie, Greifswaldzki i Szczeciński, oraz przez dwa dzienniki, ukazujące się na Pomorzu, „Kurier Szczeciński” i „Nordkurier”. W tym roku do grona jej fundatorów dołączyły miasta Greifswald i Szczecin.
Dotychczas nagrodę otrzymali: prof. Berthold Beitz z Fundacji Kruppa, Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, prof. Krzysztof Skubiszewski, były minister spraw zagranicznych RP oraz przyrodnicy - prof. Janina Jasnowska ze Szczecina i prof. Michael Succow z Greifswaldu za utworzenie parku Doliny Dolnej Odry.
Laudację na cześć Laureata wygłosi prof. Klaus Zernack, jeden z najwybitniejszych historyków niemieckich, zajmujący się dziejami Europy Środkowej.

Pomerania Nostra 2009 - Rozmowa z prof. Władysławem Filipowiakiem, laureatem Polsko-Niemieckiej Nagrody Pomerania Nostra
- W piątek 27 listopada otrzyma pan w Greifswaldzie Polsko-Niemiecką Nagrodę Pomerania Nostra.
- Na tę okazję napisałem przemówienie, jakiego jeszcze nigdy nie napisałem. Kosztowało mnie to dużo czasu. Przynajmniej dwa artykuły naukowe mogłem w tym czasie napisać.
- Pochodzi pan z rodziny, w której żywe były tradycje antyniemieckie.
- Mój dziadek walczył z Hakatą, był wolny kmieć. Matka znała niemiecki świetnie i kazała mi się uczyć niemieckiego, bo mówiła, że język wrogów trzeba znać. Taka była mentalność Wielkopolan.
- Ile miał pan lat, kiedy wybuchła wojna?
- Trzynaście. Mieszkaliśmy wtedy na Zaolziu, w Pietwałdzie, dziś to jest Petřvald w Czechach, po niemiecku był Peterswald. W listopadzie 1939 r. Niemcy wyrzucili nas z mieszkania do nieogrzewanego pokoju, a wtedy zima była ciężka, mróz do 30 stopni, głód, choroby, nędza. Od 14 roku życia musiałem ciężko pracować w Zagłębiu Karwińskim, przymusowo. Kartki żywnościowe były wykastrowane, stałe rewizje, pokazowe egzekucje. Musiałem stać przy szubienicy pół dnia, kiedy Niemcy wieszali Polaków. W takiej atmosferze dorastałem, nie było wiadomo, co będzie jutro, czy przeżyjemy. Ojca nie było, odbywał – jak to mówiono – „praktykę robotniczo-chłopską w Kazachstanie”. Wrócił szczęśliwie przez Kołobrzeg i Berlin jako żołnierz polski. Po wojnie był spór polsko-czechosłowacki o granice. Musiałem z Zaolzia uciekać, zatrzymałem się aż w Szczecinie, potem w Poznaniu, ale to już inna historia. Kiedy skończyła się wojna, byłem przekonany, że z Niemcami już nic nie będę miał do czynienia.
- W 1952 r. zaczął pan badania w Wolinie.
- I zdałem sobie sprawę, że w Wolinie bez współpracy z Niemcami nie da się nic zrobić. Nie byłem z tego powodu szczęśliwy. A przyjechałem po raz pierwszy do Wolina sześćdziesiąt lat temu, w 1949 r. Byłem wtedy na praktyce archeologicznej w Szczecinie. Pojechaliśmy w niedzielę z panem Sieją, który znał historię Wolina, ale nie wiedziałem, że tam życie spędzę. W 1952 r. pojechałem na trzy miesiące. Do dzisiaj nie wróciłem z delegacji. Zafrapowała mnie Wineta. Kiedy się dowiedziałem, że mogła zatonąć, zacząłem nurkować. Podobno byłem pierwszym nurkiem wśród archeologów. Chciałem wiedzieć więcej, a literatura była przedwojenna, niemiecka. Byłem wtedy wdzięczny mamie, że mnie kiedyś do nauki niemieckiego przymusiła. Przeczytałem wszystko, co mogłem znaleźć o Wolinie-Winecie. Najbardziej obiektywne były prace prof. Adolfa Hofmeistra, wybitnego historyka z Greifswaldu. Kiedy w 1955 roku zostałem dyrektorem muzeum, poznałem archiwum, prawie stuletnie, doskonałą dokumentację zbiorów, która dla zabytków jest jak metryka dla człowieka. Wszystko po niemiecku, a nie było wtedy z Niemcami żadnych kontaktów. Musiałem się przemóc, bo pracować trzeba było, a mnie brakowało jednego ważnego artykułu prof. Hofmeistra. W 1955 r. napisałem do niego, do Greifswaldu. Przedstawiłem się, że prowadzę badania w Wolinie, że odkryłem port.
- Przyszła odpowiedź?
- Piorunem, chociaż nie bardzo wierzyłem, że ją otrzymam. Dostałem artykuł i sympatyczny list z życzeniami owocnych badań. Kiedy dziś patrzę na wszystko z perspektywy czasu, to wiem, jak to był ważny list. Poznałem innego Niemca od tych, których znałem wcześniej. To duża zasługa prof. Hofmeistra, że zacząłem współpracę z Niemcami.
- Co było potem?
- W 1956 roku zostałem wytypowany, razem z prof. Henrykiem Lesińskim, do delegacji szczecińskiego środowiska naukowego na 500-lecie uniwersytetu w Greifswaldzie. Spotkałem się tam z archeologami, historykami, archiwistami i pojechałem do Stralsundu, do muzeum. Jego dyrektorka, pani Käthe Rieck, przyjęła mnie z otwartymi rękami. I tak zaczęły się wieloletnie kontakty z muzeum w Stralsundzie, potem z archiwum, którego dyrektorem był prof. Herbert Ewe, trochę starszy ode mnie, wyjątkowa postać. Pochodził z Uniemyśla koło Jasienicy, pomagał mi w badaniach, odwiedzaliśmy się rodzinami.
- Szybko się porozumieliście?
- Tak, a wie pan, czemu? On był w Wehrmachcie na Ostfroncie, a ja w konspiracji. Każdy z nas w tej wojnie coś stracił: on oko, ja młodość. Ale nigdy nie wypominał, nie biadolił.
- Potem przyszły kolejne znajomości.
- Bliska była współpraca z prof. Ewaldem Schuldtem ze Schwerina, kiedy zaczął badać Słowiańszczyznę na Rugii i w Meklemburgii. W 1957 r. w Poznaniu spotkałem prof. Hansa Eggersa z Hamburga – on przyjechał do Szczecina, ja byłem w Hamburgu. Tam spotkałem się z Pomorzakami. Przyjęli mnie chłodno, ale dyskutowałem z nimi. Tylko jeden człowiek podszedł do mnie po spotkaniu i pogratulował: to był przedwojenny szczeciński wicekonserwator zabytków. Miał prawą rękę przestrzeloną na froncie w Polsce. Potem poznałem Adalberta Holtza, archiwistę, który przyjeżdżał do Szczecina. Na wiele lat zaprzyjaźniłem się z prof. Karlem Struve ze Schlezwiku. On był starszy ode mnie i mówił świetnie po rosyjsku. Po wojnie był w niewoli w Rosji i pracował na wykopaliskach w Nowgorodzie Wielkim. Dzięki niemu zawiązała się wieloletnia współpraca ze Stiftung Oldenburg, były wyjazdy do Oldenburga/Starigardu, budowa w Wolinie repliki słowiańskiego statku dla Oldenburga. Kiedyś w pensjonacie „Zum Weissen Schwann” całą noc rozmawialiśmy o sprawach polsko-niemieckich z dr. Hermanem Bollnowem świetnym historykiem, autorem książki o pomorskich grodach i miastach, który zajmował się Wolinem.
- Już w latach sześćdziesiątych organizował pan w Niemczech wystawy o Wolinie-Winecie.
- Wystawę za wystawą: w Berlinie Zachodnim, Lubece, Rostoku, Stralsundzie, a przy okazji przemycaliśmy wystawy polskiej sztuki współczesnej w doskonałej aranżacji kustosz Jadwigi Najdowej. W Lubece senatorem ds. kultury był wtedy Henning Koscielski, „z tych” Kościelskich, ale po polsku nie mówił. Organizował Dni Kultury Polskiej, przyjeżdżał do Szczecina. Wystawy o Wolinie krytykowała prasa ziomkowska. Jeden z niemieckich archeologów z Lubeki kiedyś odpowiedział na te artykuły. Wykazał, że ci ludzie nie znali historii swoich ziem, a może inaczej: znali ją częściowo. Dziś też historii uczy się częściowo, również w Polsce.
- Nie miał pan kłopotów z wyjazdami?
- Nie miałem, sam się dzisiaj temu dziwię. Bywałem wtedy po obu stronach Łaby – może dlatego, że w Departamencie Muzeów Ministerstwa Kultury pracowali mądrzy ludzie. Do Berlina Zachodniego jeździło się bez wiz, więc myśmy jeździli, na Wolnym Uniwersytecie miałem wykład o Wolinie, chyba w 1961 r. Potem to się rozwinęło: wydawnictwa, publikacje, konferencje. Przecież moja najlepsza książka o Wolinie-Winecie wyszła w Niemczech i po niemiecku.
- Jak to było z wymianą zabytków archeologicznych?
- Zacząłem się tym interesować w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Chodziło o to, że w czasie wojny niemieccy muzealnicy wywieźli do różnych miejsc na Pomorzu najcenniejsze zabytki archeologiczne ze Szczecina, ratując je przed zniszczeniem. Powojenna granica polsko-niemiecka, która podzieliła Pomorze, spowodowała, że część tych zabytków znalazła się w Polsce, część w Niemczech. W Szczecinie została dokumentacja, więc wiedziałem, jak to są cenne rzeczy i potrzebne do badań. Miałem trudności, żeby do wielu zabytków z Pomorza Zachodniego dotrzeć, bo one były w NRD, a z kolei Niemcy, którzy pisali o Pomorzu Przednim, musieli starać się o przyjazd do Szczecina, bo wiele zabytków stamtąd było tu. Pomyślałem, żeby tę sprawę uporządkować: mnie chodziło tylko o to, żeby zabytki z dzisiejszego Pomorza Zachodniego znalazły się w Szczecinie, a te, które pochodziły z dzisiejszego Pomorza Przedniego – w Niemczech. Żeby naukowcy, którzy prowadzili badania, polscy i niemieccy, nie musieli wciąż jeździć tu i tam. Interes więc był obustronny. Chodziło o wymianę dla dobra nauki.
- Jakie to są zbiory?
- Różne: pradziejowe, germańskie, rzymskie, słowiańskie... Archeologowie dogadali się szybko, ale politycy... Już na początku lat sześćdziesiątych wydawało się, że sprawa jest bliska załatwienia. Pojechaliśmy nawet z wiceprzewodniczącym WRN, nazywał się Wacław Gelger (to był zacny człowiek, Podolak i prawnik), podpisać protokół zdawczo-odbiorczy. Siedzimy w Stralsundzie dzień, dwa, aż w końcu telefon z enerdowskiego ministerstwa kultury: wszystko wstrzymane. Potem pertraktacje trwały, a trwały. Znów zaczęliśmy rozmawiać poważniej, gdy upadł mur berliński. Ustalaliśmy taktykę, włączyły się ministerstwa, sprawa zaczęła się toczyć pozytywnie, w czym zasługa prof. Friedricha Lütha z Frankfurtu nad Menem. Potem ja odszedłem na emeryturę i niedawno doszła do finału: wymiana zabytków zastała dokonana sprawnie dzięki gigantycznej pracy dokumentacyjnej archeologów z naszego muzeum. Udało się, niczego już nie potrzebuję, jestem zadowolony.
- Jest pan uparty.
- Dziwi się pan? Rodzice pochodzili z wielkopolskich chłopów, ja ze Śląska Cieszyńskiego, z pogranicza. Z uporem drążyłem sprawę tych zabytków i wie pan, w końcu nawet więcej miałem zaufania do Niemców, bo oni dotrzymali zawartych umów, a umowa jest umowa, trzeba się z niej wywiązać i nie kombinować. Jestem szczery, nie boję się tego powiedzieć, nigdy nikomu nie kadziłem, Niemcom też nie. Myślę, że za to mnie cenili. Jasne, że nie wszyscy. Taka wymiana zabytków między Polską a Niemcami została dokonana po raz pierwszy. Dlatego kiedyś będzie szczegółowo opisana.
- Na początku lat dziewięćdziesiątych zaczęło powstawać w Greifswaldzie Pommersches Landesmuseum – Pomorskie Muzeum Krajowe. Był pan mu zdecydowanie przeciwny.
- Nie byłem przeciw muzeum, bo nikt nie może zabronić Niemcom ani Polakom, ani komukolwiek zajmowania się naukowo Pomorzem, ale byłem przeciw nazwie. To był początek lat dziewięćdziesiątych, zaraz po zjednoczeniu Niemiec, na które ja, człowiek z doświadczeniem wojennym, niech mi pan się nie dziwi, patrzyłem z rezerwą.
- Dlaczego był pan przeciw nazwie?
- Źle mi się kojarzyła. Bo proszę pana, do połowy lat trzydziestych było w Szczecinie Prowincjonalne Muzeum Starożytności Pomorskich – Provinzialmuseum Pommerscher Altertümer, któremu w 1934 r., po remoncie, zmieniono nazwę na Pomorskie Muzeum Krajowe – Pommersches Landesmuseum. Pierwsza wystawa, jaką w nim zorganizowano, była antypolska, przeciwko traktatowi wersalskiemu i „niesprawiedliwej granicy polsko-niemieckiej”. Ściągnięto na nią kamień graniczny, na otwarciu mówiono, że trzeba walczyć przeciw granicy, przeciw Wersalowi, i odzyskać utracone „ziemie niemieckie”.
- To były czasy hitlerowskie.
- Właśnie! I teraz, po zjednoczeniu Niemiec, w Greifswaldzie, powstaje placówka, która ma taką samą nazwę jak tamta: Pommersches Landesmuseum. Początki działalności muzeum w Greifswaldzie były - moim zdaniem - dość niejasne. Dlatego protestowałem. To mi przypominało złe czasy, restytuowanie złych instytucji, takie miałem skojarzenia. Co miałem robić? Czy pamiętając wojnę, nie miałem prawa mieć obaw? Miałem nie mówić, nie mieć skojarzeń, łeb sobie uciąć, być obłudny, uśmiechać się, a w duchu złorzeczyć? Nie umiem.
- Co stało się z tym kamieniem granicznym?
- Jest w muzeum, można go pokazać, można tamtą wystawę przypomnieć, tylko po co? Poznałem kiedyś w Monachium dr. Otto Kunkela, który do końca wojny był dyrektorem muzeum w Szczecinie i którego prace bardzo cenię. On mi dużo opowiedział. I nie kładł uszu po sobie, ani ja. Proszę mi wierzyć: rozumieliśmy się.
- Muzeum w Greifswaldzie nie zmieniło nazwy. Jak pan dziś je ocenia?
- To jest ciekawe muzeum, dobrze urządzone, nie sprawdziły się moje obawy. Bardzo się z tego cieszę i gratuluję kolegom z Greifswaldu.
- Ale blizny wojenne przecież są.
- Już tylko blizny… Trzeba żyć, rozmawiać, nawiązywać kontakty, robić dobre rzeczy. To cała filozofia.
- Dzieło pańskiego życia to Wolin. Wciąż pan się nim zajmuje.
- Mamy tyle nowych materiałów, że nie mogę sobie dać rady z ich opracowaniem. Odkryliśmy dzielnicę rzemieślniczo-handlową o masowej produkcji, cały port i chyba osadę wikingów, a więc to, o czym mówi słynna saga o Palnatokim, który strzegł ziem księcia Burislava - Bolesława Chrobrego. We współpracy z prof. Borówką z Uniwersytetu Szczecińskiego udało nam się też znaleźć dowody zatapiania Wolina w X/XI wieku przez podnoszące się wody Bałtyku. Teraz już nie mam prawie żadnych wątpliwości, że legendarna Wineta to właśnie Wolin.
- Zbiera się pan do nowej książki o Wolinie?
- Mam 83 lata, ale żebym tylko był w dobrej formie, to ją napiszę. Lubię swoją robotę, pieniędzy mam ile trzeba, bo na pieniądzach mi nie zależy, jestem trochę wariat, a synów mam podobnych. I niech pan sobie wyobrazi: wnuk studiuje archeologię! Jest zawzięty.
- Jak dziadek?
- W kaszę nigdy nie dawałem sobie dmuchać.
- Otrzymuje pan Nagrodę „Pomerania Nostra”.
- Nie spodziewałem się, myślałem, że moje pokolenie, z wojennymi doświadczeniami i różnymi obawami, przeszło do lamusa. Ale bardzo się cieszę, że moja praca zyskała uznanie.

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 27.11.2009