Uwe Johnson - wybitny, nieznany - LITERATURA. Nie będzie tu żadnej „ostalgii"

UWE Johnson (1934-84) zaliczany jest do najwybitniejszych niemieckojęzycznych pisarzy XX wieku, stawia się go obok Güntera Grassa i Heinricha Bölla. W Polsce jest jednak właściwie nieznany.

Dopiero niedawno ukazał się pierwszy przekład „Domniemań w sprawie Jakuba”, jednej z jego najważniejszych książek, wydanej w Niemczech, we Frankfurcie nad Menem, w 1959 roku! W ubiegłym tygodniu odbyła się w Szczecinie jej promocja z udziałem aktorów Teatru Współczesnego.

Uwe Johnson urodził się w Kamieniu Pomorskim. Od końca wojny mieszkał w Güstrow (Meklemburgia), gdzie blisko poznał twórczość rzeźbiarza i grafika, Ernsta Barlacha. Jego ojciec zmarł w sowieckim obozie w Fünfeichen koło Neubrandenburga, matka w uciekła w 1956 r. do Berlina Zachodniego. Uwe Johnson przeniósł się tam w 1959 r.

W połowie listopada odbyła się w Poznaniu międzynarodowa konferencja naukowa, poświęcona jego twórczości. Kilka lat temu mówiono o niej podczas konferencji w Akademii Europejskiej Kulice-Külz.

Młyn Historii

„DOMNIEMANIA...” to opowieść o enerdowskim kolejarzu, Jakubie, snuta po jego śmierci. Bardzo zagadkowej śmierci - zresztą nie mniej zagadkowej niż jego życie. Pewno jest tylko jedno - Jakub został zmielony w młynie Historii. Jako kolejarz zajmował się odprowadzeniem pociągów z wojskiem radzieckim, zmierzającym do stłumienia powstania na Węgrzech. Dał się także wciągnąć w intrygę, przygotowaną przez STASI. Bezpieka chciała poprzez Jakuba zwerbować jego przyjaciółkę, która pracowała w kwaterze NATO w RFN. Być może więc to służba bezpieczeństwa jest odpowiedzialna za jego śmierć. A może zabił się sam - zżerany wyrzutami sumienia.

- A może zginął dlatego, że nie mógł odnaleźć się w podzielonych Niemczech - mówi Jacek St. Buras, redaktor serii „Kroki/Schritte”, w ramach której wydano książkę Johnsona. - „Domniemania...” to książka fundamentalna dla niemieckiej literatury z kilku powodów, a jeden z nich jest taki, że stanowi wnikliwą analizę tego, jaki wpływ na niemieckie społeczeństwo miał podział kraju. Konkluzje Johnsona są nieoczywiste. Jego bohater mógłby zostać na Zachodzie, ale nie decyduje się na to, z jakichś powodów wraca do NRD... „Domniemania...” to także pierwsza książka tak otwarcie i głęboko opisująca pierwszy, najtrudniejszy okres komunizmu, opowiadająca o bezpiece, o terrorze. I to nie ezopowym językiem, nie za pomocą metafory, ale wprost, blisko konkretu.

Powieść Johnsona uchodziła ze „rewizjonistyczną”, więc nic dziwnego, że nie była wydawana w demoludach. Pisarz, aby móc kontynuować karierę, musiał wyjechać z NRD.

A dlaczego nie odkryto go w Polsce po ’89 roku, gdy modny stał się choćby Günter Grass? Według Burasa - z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że Grass był „zahaczony” o Polskę, łatwiejszy do przyswojenia, Johnsona zaś nie można było tak łatwo dopasować do polskich problemów. Poza tym Johnson to pisarz wymagający - w latach 50. jego książka wydawała się niezwykle nowatorska, nawet dziś nie jest łatwa w odbiorze.

Wielogłos o totalitaryzmie

TO, CO w „Domniemaniach...” sprawia czytelnikowi największy opór, a co jednocześnie decyduje o artystycznej doniosłości tej książki, zostało świetnie uwypuklone przez czworo aktorów (Małgorzatę Klarę, Michała Lewandowskiego, Jacka Piątkowskiego, Konrada Pawickiego), którzy czytali ją w szczecińskim Teatrze Małym. Dzieło Johnsona jest zapętlone, wielowarstwowe i wielogłosowe, często nie wiadomo, kto właśnie mówi. Dlatego aktorzy kłócili się ze sobą, szydzili, przerywali sobie i przekrzykiwali się. Cały ten pozornie chaotyczny - a przecież precyzyjnie zaprogramowany przez pisarza - zgiełk zdaje się dowodzić, że w systemie totalitarnym społeczeństwo jest rozproszkowane, rozbite na wyizolowane jednostki, które mają olbrzymie problemy z wzajemną komunikacją. I jeszcze jedno - komunizm, z wielką rolą tajnych służb, wymuszający rytualne kłamstwa, premiujący dwójmyślenie, pozbawia możliwości dotknięcia prawdy. Ludziom, którzy próbują się jakoś w nim odnaleźć, pozostają jedynie przypuszczenia, domysły.

Wydaje się, że w tych powodów książka Johnsona jest wciąż aktualna. Daje nam wgląd w konsekwencje podziału Niemiec - konsekwencje psychologiczne i egzystencjalne. A potrzebujemy tego wglądu tym bardziej, im mocniej zbanalizowane są medialne obrazki, opowiadające o tych sprawach (a jak mocno są zbanalizowane, widzieliśmy niedawno, podczas infantylnej paplaniny wywołanej rocznicą wyburzenia muru berlińskiego).

„Domniemania...” warto także przyłożyć do popularnych „polityk historycznych”. Mocna teza Johnsona głosząca, że prawda o świecie jest niepochwytna, nie pozwala na stawianie jednoznacznych tez, ferowanie łatwych wyroków. Proste podziały na „swoich” i „obcych” zostały w niej skomplikowane. Co nie oznacza, że Johnson jest jakimś relatywistą. „Domniemania...” to poza wszystkim opowieść o brzydocie NRD - a jako taka jest polemiczna wobec wszelkich przejawów „ostalgii”, czyli sentymentalnego traktowania Wschodnich Niemiec.

- Krytyczny stosunek Johnsona do komunizmu przejawia się przede wszystkim w języku powieści - tłumaczy Sława Lisiecka, tłumaczka „Domniemań...”. - To język celowo okaleczony, popruty, to taka miazga, w którym nowomowa miesza się z dialektami. Zdeformowany język ma przylegać do zdeformowanej rzeczywistości. To kolejny powód, dla którego Johnson tak długo nie był tłumaczony na polski. Przełożenie go to była wyjątkowa ciężka praca.

Nadrabianie zaległości

„DOMNIEMANIA...” uczyniły z Johnsona literacką gwiazdę. Wyjechał do USA, gdzie zaprzyjaźnił się z przedstawicielami intelektualnej elity. To w Ameryce zaczął tworzyć swoje najważniejsze dzieło - „Jahrestage”, czyli monumentalny dziennik, w którym nie mówi od siebie, lecz ukrywa się za fikcyjną postacią. Czy jest szansa, żeby ta książka ukazała się w Polsce?

- Są takie plany, ale będzie trudno je zrealizować, bo „Jahrestage” to ponad 2 tysiące stron - ocenia Jacek St. Buras. - Nie wiadomo, czy znajdzie się wydawca, który podejmie to wyzwanie. I raczej nie ma szans, żeby ta książka ukazała się w serii „Kroki”. Staramy się unikać wydawania dwóch książek tego samego pisarza.

Swoją drogą, „Schritte/Kroki” to bardzo interesująco inicjatywa. Została zainicjowana w 2005 roku przez fundację S. Fichtera, jej celem „było wzmożenie przekładów utworów współczesnych autorów z Niemiec, Austrii i Szwajcarii na język polski”. Wydano w niej już ponad trzydzieścioro ważnych pisarzy.

- Zależy nam na tym, żeby promować książki nieobecne albo przemilczane, a których artystyczna ranga jest tak duża, że na przemilczenie na pewno nie zasługują - wyjaśnia Jacek St. Buras. - Czas po ’89 roku był dla wymagających autorów takich jak Johnson wyjątkowo trudny. Społeczeństwa, które przez lata żyły pod jarzmem komunizmu, zachłysnęły się kulturą masową, na książki ambitne nie było popytu. Dopiero teraz nadrabiamy zaległości.

W „Krokach” ukazują się zarówno klasycy - tacy jak Jean Amery, którego zbiór esejów „Poza winą i karą” to jeden z najważniejszych głosów dotyczących Holocaustu - a także autorzy stosunkowo młodzi, mierzący się raczej ze współczesnym problemami niż z duchami przeszłości. Takim pisarze jest na przykład Tim Staffel, którego „Terrodrom” był grany na scenie Teatru Polskiego we Wrocławiu. Inni autorzy to m.in. Julia Franck, Herman Burger czy Gerhard Roth.

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 03.12.2009