Rewidować fałszywą tradycję

Z zainteresowaniem sięgnąłem do artykułu polemicznego Sławomira Błęckiego („Bitwa o bitwę pod Cedynią” - GCh nr 35), odnoszącego się do tekstu Roberta Ryssa, zamieszczonego w 32-33 numerze z 7 sierpnia. Z zainteresowaniem, bo każda próba wniesienia ożywczego fermentu intelektualnego poprzez rzeczową polemikę i dyskusję na to zasługuje. Niestety, w trakcie czytania tekstu Błęckiego zainteresowanie dość szybko przerodziło się w zdumienie. Nie spodziewałem się takiego pomieszania materii, niekompetencji i elementarnego braku zrozumienia tekstu, z którym się podejmuje dyskusję. Wyraźne zaangażowanie ideologiczne wzięło górę nad rzeczową wymianą argumentów i zawęziło autorowi horyzont.
Jednoznacznej odpowiedzi, czy „bitwa pod Cedynią była pod Cedynią” nie uzyskaliśmy do tej pory i pewnie nie uzyskamy, jeśli nie znajdą się jakieś pewne źródła, rzucające nowe światło na wydarzenia z 972 r. Jej lokalizacja jest kwestią subiektywnego przekonania, ważne jednak, by to przekonanie oprzeć o jasne i zrozumiałe argumenty. Tego w tekście Błęckiego nie znalazłem.

Nie z wszystkimi zawartymi w artykule tezami można dyskutować. Jak sam pisze, nie jest historykiem i książki prof. Piskorskiego nie zna (nota bene na niej opierał się Robert Ryss, a nie „posługiwał” się nią). Nie odbiera mu to oczywiście prawa do wypowiedzi - wprost przeciwnie. Z większą jednak rozwagą należałoby szermować argumentami i ferować sądy.
Autor poprzez tendencyjnie dobrane przykłady próbuje obalić argumenty Ryssa. Używa tu cytatów z Paderewskiego i Konecznego, nie dodając jednak istotnych szczegółów ich charakteryzujących, a pozwalających właściwie ocenić te wypowiedzi. Pomnik Grunwaldzki, odsłonięty przez Paderewskiego (był w honorowym komitecie budowy, nie był jego fundatorem), stanowił inicjatywę kanapowego ugrupowania okołoendeckiego - Polskiego Związku Narodowego, zaś Koneczny, ten „światowego formatu filozof historii”, to jeden z głównych teoretyków obozu narodowego w dwudziestoleciu międzywojennym. Bitwa, o której nie miał zielonego pojęcia, stanowiła jeden z wielu argumentów podkreślających jego niechęć do niemczyzny. Oba więc te przykłady użyte są jako exemplum poglądów autora, a nie z pobudek merytorycznych, przy tym podane w formie nie do końca otwartej.

Cały fragment tekstu Błęckiego o Polsce średniowiecznej mógłby stanowić przykład na błędy popełniane w systemie oświaty Polski Ludowej, zresztą miejscami wyłożony jest niejasno. Opowieści o tysiącach wojów pod Cedynią, drużynie Mieszkowej liczącej również tysiące wojów, „logistyce i taborach”, „kawaleryjskim trzonie armii” itp. to bajki, którymi karmiła nas propaganda minionej epoki. Jak widać, skutecznie. Tu na marginesie warto dodać, że „najlepszych rycerzy”, o których pisał Thietmar, mogło być kilku względnie kilkunastu, zaś zaangażowanie cesarza w konflikt swoich lenników, nawet jeśli lokalny, jest oczywiste i nie powinno dziwić. I jeszcze jedno: Polska Mieszkowa to nie Polska „pańska i katolicka”! Ten ukuty w dwudziestoleciu międzywojennym termin odnosił się do Rzeczypospolitej szlacheckiej, a przede wszystkim do II RP, nie mógł więc mieć zastosowania w PRL w odniesieniu do wczesnośredniowiecznych dziejów kraju.

Dziwi się również autor, że w powojennej Polsce historycy pracowali na zamówienie władzy. Zdarzało się, że robili to także, i jest to mało chlubna karta w powojennych dziejach nauki polskiej. Nie tylko zresztą historycy i nie tylko wtedy - dzisiaj również. Zdumienie też wywołuje teza, jakoby po 1956 roku nastąpiły próby uniezależnienia się od ZSRR - czyje to były próby? Bo chyba nie Gomułki, Gierka czy Jaruzelskiego. Odwilż gomułkowska była krótkotrwała (vide rok 1968 i interwencja w Czechosłowacji), zaś to Edward Gierek wprowadził do konstytucji zapis o nierozerwalnym braterstwie z ZSRR.

Wiele jest w artykule nieścisłości, niedomówień i przeinaczeń. Dlaczego autor a priori odrzuca rewizję tradycji, która niewiele może mieć wspólnego z prawdą historyczną, a która służyła wyraźnym celom politycznym? Odpowiedź zawarta jest między wierszami, w „dowcipie” o tym, jakoby Cedynia miała wyznaczać w Jałcie i Poczdamie naszą zachodnią granicę. Bo gdyby ją znaleźć na Połabiu…

Na ziemiach na potrzeby PRL-owskiej propagandy zwanych Ziemiami Odzyskanymi, budujemy swoją tożsamość raptem pół wieku. Mając możliwość otwartego mówienia, wymiany poglądów i wiedzy, docierania jak najbliżej prawdy historycznej, powinniśmy korzystać z tego. Nie uciekniemy od niemieckiej przeszłości tego regionu, a swoją przyszłość możemy zbudować także w oparciu o nią. Nie zbudowaliśmy tu wielu trwałych, uniwersalnych znaków, dużo więcej zaadoptowaliśmy. Nie musimy już tworzyć fałszywych narodowych mitów, a wszechpolskie rozumienie patriotyzmu przynosi same szkody, wystawiając nas na pośmiewisko sąsiadów i Europy. Odejdźmy od jarmarcznego tromtadractwa na rzecz zdrowego spojrzenia na własne dzieje, budując nowoczesną przyszłość, bez fałszu i nienawiści do obcych.

PS. A podsumowaniem rozważań S. Błęckiego było ostatnie zdanie: wszystkiemu winna jest Unia, która nas za pieniądze wynaradawia. Czyje - to przecież oczywiste…
PS 2. Pod Cedynią nie walczyli cedynianie. Można więc im chyba obecnie stawiać pewne warunki, nawet jeśli mają one charakter „intelektualnego (a może inteligenckiego?) szantażu”?

Tytuł od redakcji. Autor jest doktorem historii - adiunktem w Instytucie Historii i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Szczecińskiego. Był 24 sierpnia głównym organizatorem konferencji naukowej w Chojnie o dziejach tego miasta i okolic.

"Gazeta Chojeńska" nr 36 z 4.09.2007