Upiór Dmowskiego nadal straszy

Grozą powiało z tekstu Sławomira Błęckiego w ostatnim numerze "Gazety Chojeńskiej". Mając w pamięci prześwietny film "Golem" Wagenera, prezentowany niedawno w kościele Mariackim w Chojnie, zapytałem sam siebie, stojąc przed lustrem: czy to ja jestem rabinem Loewem, chcącym ulepić z kosmopolitycznej gliny "nowego człowieka"? Monstrum walczące ze swoją tradycją, prawdziwymi patriotami w typie profesora-dendrologa od Smoka Wawelskiego i dinozaurów oraz jego syna - edukatora? Czy ten nowy Golem ma się stać narzędziem wynaradawiającej polityki Brukseli w moich rękach? Zacznę od mieszkańców Chojny, a potem przyjdzie czas na Walonów, Szkotów i innych...
Tekst polemiczny S. Błęckiego, tak silnie nacechowany emocjonalnie, wskazuje, jak ważna dyskusja toczy się na łamach "Gazety Chojeńskiej". Pretekst, którym stała się bitwa pod Cedynią, okazał się trafiony. Szkoda tylko, że części osób biorących udział w dyskusji umyka meritum sprawy, jakim jest nasza TU obecność i wszystkie wynikające z tego konsekwencje. Wywołany do tablicy przez Błęckiego, postanowiłem odnieść się do dwóch spraw przez niego poruszonych. Za bezcelowe uznałem rozprawianie się z jego tezami zdanie po zdaniu - taka wymiana ciosów mogłaby trwać jeszcze długo i nie doprowadziłaby do żadnego consensusu, a dyskusję sprowadziła do poziomu kostki brukowej.

Po pierwsze, Błęcki dość czytelnie wskazuje mi moje miejsce w szeregu "zasłużonych": Radziejowski, towarzystwo z Targowicy etc. Zarzuca mi wstyd za swój naród, jego tradycję i dzieje. Z czego to wywnioskował? A skoro już to wie - to dlaczego mu "szkoda"? Zgadza się, czasem mi wstyd, gdy jestem za granicą, ale to już komentarz do aktualnej sytuacji politycznej, a nie do historii tego kraju. To jednak nie czas i miejsce na tego typu wynurzenia. Używając mocnych słów, mówi Błęcki o moich fałszywych tezach i rzekomych żądaniach, nie zbijając ich żadnymi argumentami, a jedynie stawiając je w opozycji do własnych poglądów, co podkreśla mocnymi wyrażeniami. Kilka lat po wstąpieniu do Unii, które stało się dla nas olbrzymią szansą cywilizacyjną (czy tego Błęcki chce, czy nie), wciąż szermuje argumentami z okresu kampanii przedakcesyjnej, strasząc nas antypolskimi "dotacjami miękkimi" z Brukseli. Z takimi argumentami trudno polemizować, wystarczy rozejrzeć się wokół siebie, by zobaczyć, że te wieszczenia sprzed trzech lat nie sprawdziły się. Nikt nam nie karze mówić po niemiecku... Pytie "obozu narodowego" wciąż jednak biją w dzwon na trwogę.

Po drugie, Błęcki używa wielu górnolotnych frazesów, które mają stanowić kwintesencję jego jedynego właściwego spojrzenia na rzeczywistość. Może to więc niepolityczne, ale powtórzę tu tezę: swoją tożsamość budujemy na tych ziemiach od niedawna. Można mówić o tysiącletniej tradycji państwa, jednak to państwo jest tu obecne od 1945 r. Nie mamy jeszcze nic, co by nas charakteryzowało i identyfikowało w kraju. Przywołane przez Błęckiego z pogardą "prastare wycinanki kurpiowskie" to element tożsamości pewnej społeczności, mocno osadzony w tradycji, wyróżniający ich z konglomeratu kulturowego zwanego Polską. Co takiego mamy my, mieszkańcy Pomorza Zachodniego? Czy jedną miarę możemy przyłożyć do Kaszubów, Mazurów, Ślązaków z jednej strony i do nas - "importów" z wielu stron kraju, już tu zasiedziałych, ale jeszcze chyba "nieoswojonych"? Mieszkańców regionu, którego ośrodki sztuki ludowej - do tego nierodzimej, tworzonej, ale nie stworzonej tutaj, przywiezionej głównie z Kresów - można policzyć na palcach jednej ręki? I wreszcie: kogo ma Błęcki na myśli, używając dość mglistego pojęcia "naród"? Czy ludzi mówiących jednym językiem, zamkniętych w granicach pojałtańskiej Polski? Konia z rzędem, kto zrozumie kaszubski napis na dworcu w Kartuzach. Czy w takim razie Kaszubi to nie-Polacy? A może ludzi, których łączy wspólna historia? Historia moich dziadków spod Stanisławowa czy Baranowicz nie była historią Ślązaków ze Żmigrodu. To nawet nie była historia tego samego państwa! I wbrew wszystkim poprawnie myślącym "patriotom", z uporem będę powtarzał, że naszą szansą jest pogranicze (w każdym sensie) i możność budowania własnej tożsamości w oparciu o potrzeby i możliwości społeczności lokalnej. Być może podobnie jak w Niemczech. A tak na marginesie: warto zdać sobie sprawę, że tworzenie świadomości narodowej Niemców dokonywało się dużo wcześniej niż chce Błęcki - nie za Bismarcka. Korzeni tego zjawiska należałoby szukać prawie czterysta lat wcześniej w reformacji, potem umocniło się ono w okresie wojen napoleońskich. Tam jednak poczucie przynależności do jednego narodu nie spowodowało zaniknięcia partykularyzmów lokalnych; wprost przeciwnie, rozwijały się one w doskonałej symbiozie z ogólnoniemieckimi ideami, mogą więc stanowić w pewnej mierze jakiś wzór.

Na koniec chciałbym jeszcze S. Błęckiemu odpowiedzieć, dlaczego według mnie "tradycyjny" (w jego rozumieniu) patriotyzm przynosi szkody. To właśnie w Pana artykule padły kilkakrotnie słowa: nacjonalizm, ksenofobia, faszyzm. To Panu Pański "patriotyzm" kojarzy się tak jednoznacznie. Wyciągając z szafy trupa Dmowskiego i jego wyrosłe na gruncie rozbiorów idee, próbuje Pan wywołać dawno już nieżywe upiory. Proszę się rozejrzeć, gdzie Pan żyje i do kogo chce się Pan zwracać. Proszę wyciągnąć wnioski z dwumilionowej emigracji najwartościowszych członków tego społeczeństwa. Chce ich Pan uczyć patriotyzmu na wycieczkach po cmentarzach i miejscach kaźni ich dziadków? Odmawia Pan innym poczucia przynależności do wspólnoty, używa niezdefiniowanych przez siebie, ale wielkich pojęć, uzurpując sobie prawo do nazwania "wszechpolskiego" - "tradycyjnym". To nie jest na szczęście tradycja ludzi tu żyjących, tradycja obca przytłaczającej większości Polaków, w imieniu których wydaje się Panu, że Pan występuje.
I proszę mi wierzyć: na pewno nie chcę niszczyć Pańskiego patriotyzmu, nie chcę tworzyć nowego, postmodernistycznego człowieka. W tej materii jestem zdecydowanie bardziej tradycyjny od Pana.

„Gazeta Chojeńska” nr 40 z 2.10.2007