Nasze pomniki, nasze uniki

DECYZJA o rekonstrukcji pomnika Sedina, a potem wycofanie się z tej decyzji przez Miasto poruszyło emocje. Różne zresztą. Było oburzenie, ale i satysfakcja. Były protesty, wyjaśnienia i zaprzeczenia. A za tym wszystkim nowa fala dyskusji nad sensownością postawienia Sediny na pl. Tobruckim. Mówiono więc o pamięci i tożsamości, estetyce i mitologii, finansach i historii... Argumenty się mieszały, nie zawsze spotykając się ze sobą, a dyskusja - jak ostatnio niemal wszystkie u nas - stała się pretekstem do gier i zabaw politycznych.
Wygląda jednak na to, że mleko zostało wylane; stało się - rządzący miastem zaplątali się w swoje obietnice, pomysłodawcy w swoje deklaracje, a obywatele zyskali kolejny dowód, że jak się w Szczecinie coś ma nie udać, to się na pewno nie uda. Szkoda. Nie tyle może pomnika, co okazji, by coś zrobić wspólnie. I wpisać się - wspólnotą działań właśnie - w ten powstający dziś jakby od nowa, a wrażliwy na swą przeszłość Szczecin.
Cudze mity, nasze emocje
Jak bardzo szczecinianie potrzebują identyfikacji emocjonalnej, tożsamościowej ze swym miastem pokazał przed laty ruch społeczny wokół pomnika Colleoniego. Kopia rzeźby przedstawiającej weneckiego kondotiera stała się - w wyniku różnych okoliczności - niemal symbolem tego, co tutejsze, szczecińskie i ponadczasowe.
Raczej na wyrost, a trochę i niezgrabnie sytuując się w dziejach Szczecina. Bo Colleoni, owszem, nadaje się na patrona zdobywców, lecz pionierów, osadników, przesiedleńców i wygnańców - oraz ich potomków - jakimi są przecież szczecinianie - już nie bardzo. Niezbyt trafna lokalizacja konnego rycerza i samo usytuowanie go na placu tylko tą kłopotliwą przypadkowość i niestosowność pogłębiły.
Z pomnikami jest jednak tak, że z czasem przestają być ważne kontrowersje, w jakich powstawały, w zapomnienie idą debaty związane z ich obecnością, a sama obecność staje się czymś naturalnym. Bywa i wartością, z którą można się wówczas - jakby na nowo - identyfikować.
Czy będzie tak z Colleonim? Pewnie tak. Czy mogłoby tak być z Sediną?
Przyznam, że nie jestem entuzjastą rekonstrukcji tego pomnika. Chociaż - w przeciwieństwie właśnie do Colleoniego - nadaje się on na symbol, znak pewnego duchowego dziedzictwa, ciągłości.
Dla jasności: nie mam nic przeciwko niemieckim korzeniom tej opowieści czy germańskości mitu Sediny. Uważam po prostu, że Sedina i w Stettinie była mitem trochę na wyrost, przesadnym, niezbyt związanym z rzeczywistym wizerunkiem i ówczesnym charakterem miasta. Dla Szczecina polskiego byłaby więc ozdobnikiem tym bardziej sztucznym. Doklejonym do obrazka. Również do tego w sepii, który przyjęliśmy - trochę z sentymentu dla przeszłości w ogóle - jako obraz Stettina.
Wszyscy, którzy zarzucają przeciwnikom powrotu Sediny wrogość wobec niemieckiej historii miasta, czy antyniemiecką fobię, powinni się zresztą zastanowić, dlaczego niechętni temu projektowi są tacy ludzie jak np. prof. Jan M. Piskorski (historyk, wykładowca m.in. niemieckich uczelni, autor „Wypędzonych", w których mowa m.in. o losie Niemców, którzy nasze dzisiejsze Ziemie Zachodnie, a swoje ówczesne domy, w wyniku wojny i po wojnie opuścili), prof. Władysław Filipowiak (uhonorowany polsko-niemiecką nagrodą Pomerania Nostra, przyznawaną za działalność na rzecz wspólnego dziedzictwa) czy Andrzej Kotula (dziennikarz, działacz samorządowy, niezwykle i od lat aktywny w sprawach porozumienia między Polakami i Niemcami, praktyk z imponującym w tej mierze dorobkiem).
Mówiąc najogólniej, reprezentują oni pogląd, że cudzy mit nie powinien nieść ze sobą naszych emocji.
A że bywają to emocje źle, fałszywie ulokowane, świadczy - moim zdaniem - zapewne szlachetna w swych intencjach, lecz będąca przykrym nadużyciem - niedawna akcja „palenia zniczy" w intencji Sediny na placu, na którym kiedyś stała.
Doprawdy, nie dewaluujmy wartości takich symbolicznych działań. Są w Szczecinie miejsca-symbole, a też i ludzie, którym takie symboliczne światełko, z różnych okazji, należy się niewątpliwie. Ale fontanna Manzela nie jest tego rodzaju miejscem - takim zwornikiem pamięci - które wymagałoby tak dramatycznego gestu.
Co nie znaczy jednak, iż zrekonstruowana Sedina (a nie byłaby to rzecz łatwa) budziłaby moją niechęć. Pewnie bym ją zaakceptował, oswoił, a plac Tobrucki - zwłaszcza po sensownej adaptacji tej przestrzeni - wydałby mi się z nią ciekawszy, sympatyczniejszy. Jeśli więc sił i środków (finansowych) - dziś czy jutro - starczy, niech sobie (i nam) Sedina na placu stanie.
Czy jednak warto o nią walczyć tak, jakby była... Czwartym Orłem?
O czym pamiętamy, czego unikamy
Poprzednim zdaniem nawiązuję, rzecz dla szczecinian jasna, do pomnika Trzech Orłów z parku Kasprowicza. Orłów trochę przyciężkich - artystycznie oraz ideowo - ale wpisanych już w krajobraz i tradycję miasta.
Orły te, autorstwa Gustawa Zemły, symbolizują, jak wiadomo, trzy powojenne pokolenia mieszkańców Szczecina.
Cenię ten pomnik - choćby z braku innych tej rangi - ale nie przepadam za tego rodzaju heroizowaniem na cokołach. Mówiąc szczerze, wolę pomniki ludzi. Bo jest w nich pamięć o konkretnych osobach, ale także - pamięć jakiejś postawy, zasługi, cnoty. Nie bez kozery to pomniki ludzi, a nie mitów czy idei - jak Sedina na przykład - stanowią najbardziej naturalną, materialną pamięć miasta. Pamięć historii, bywa że pokrętnej, usianej błędami, kłopotliwej, ale przez to prawdziwszej.
Powiem herezję. Otóż uważam, że nie byłoby czymś zdrożnym, z założenia złym, gdyby w Szczecinie stanął np. - jak stał kiedyś - pomnik cesarza Fryderyka III (dziś stoi w tym miejscu Adam Mickiewicz) czy Fryderyka Wielkiego (stał na dzisiejszym pl. Żołnierza Polskiego, i to od 1793 roku!). Tak, zwłaszcza ten drugi, król Prus, władca nie bez powodu zwany przez Niemców Wielkim, nie przysłużył się dobrze polskiej pamięci. Ba, przysłużył się jej fatalnie. Ale to były postaci i pomniki historyczne, które w historii Szczecina-Stettina mają rzeczywiste miejsce. Jeśli przymierzamy się dziś do życzliwego pamiętania o szczecińskim rodowodzie Katarzyny, też Wielkiej, carycy Rosji, czy byłoby wielką pomyłką i niestosownością pamiętać i o obu Fryderykach?
Powie ktoś, że mylę porządki. Bo Katarzyna była jednak z urodzenia tutejsza, a niemieccy władcy - nie. Zgoda. Dlatego to, co powyżej, napisałem trochę z przekory i nie całkiem serio. Mamy zbyt wiele zaniedbań wobec swoich, by czcić pomnikami cudzych bohaterów. Tak, że do komitetu odbudowy pomnika Fryca bym nie wstąpił.
Chodzi jednak o zasadę. A dla dawnych szczecinian były to pomniki tutejsze nie mniej, Fryderyk Wielki nawet bardziej, niż Sedina.
Mówiąc jednak o tym co realne - bo trudno sobie wyobrazić akcję na rzecz powrotu Fryderyków na cokoły - a i pożyteczne, czy nie byłoby warto wrócić Szczecinowi kilku skromniejszych niż Sedina pomników i postaci z dziejów miasta?
Od lat marzy mi się na przykład, by na plac przed katedrą wrócił Carl Loewe. To jeden ze znakomitszych szczecinian - kompozytor, nauczyciel muzyki, organizator życia muzycznego w mieście - właśnie z kościołem św. Jakuba długie lata związany.
Jego pomnik, bardzo tradycyjny, ale ładny, z figurkami grających na różnych instrumentach aniołków u podstawy cokołu stał tam, gdzie dziś stoi figura Matki Boskiej. Samo miejsce nie jest tak istotne. Loewe - przy katedrze - wszędzie byłby na swoim miejscu. Pamiętany i przypominany od lat przez szczecińskich muzyków i historyków nie ma jednak szczęścia do bardziej wizerunkowych dowodów pamięci.
Może by więc postarać się o rekonstrukcję jego pomnika? Byłoby i pięknie, i symbolicznie.
Dla niemieckich mieszkańców Stettina ważne były też inne pomniki ludzi sztuki i kultury, np. F. M. Arndta (w dzisiejszym parku Kasprowicza) czy F. Schillera (przed teatrem miejskim). Dla nas - co oczywiste - niemiecka tradycja nie jest tak ważna. Albo inaczej - do innej moglibyśmy się odwołać, chcąc uhonorować niemieckie wczoraj. Może warto by jakimś pomnikiem - raczej nie figuratywnym, bo on sam był twórcą zupełnie innej tradycji - uczcić B. Heligiera, szczecinianina, jednego z najwybitniejszych niemieckich rzeźbiarzy (rzeźba w kształcie wielkiej kuli - jego autorstwa - wypożyczona Szczecinowi - spoczywa od lat, dosyć anonimowo, na pl. Rzepichy przed Muzeum Miasta)? Może Ackermana czy Hakena? Albo też Quistorpa, któremu zawdzięczamy Jasne Błonia. Albo pastora Bonhoeffera, czy któregoś z tutejszych duchownych, zamordowanych przez nazistów?
Nie upierałbym się zresztą z tymi cokołami i postaciami na nich. Haken ma już zresztą swój wielki pomnik, który stanowi o obliczu Szczecina: Hakenterrase, dziś Wały Chrobrego. A i Bonhoefferowi lepiej pewnie służy dom jego imienia przy ul. P. Skargi - miejsce spotkań i działań dla pojednania - niż jakiś pomnik. Lepsze są czasem takie domy, centra, stowarzyszenia niż postumenty z figurą. Zwłaszcza że Szczecin jest tak - w wielu dziedzinach - zaniedbany kulturalnie.
Co nie znaczy, że pomnikowe wizerunki nie byłyby pomocne w budowie wizerunku miasta. Budowie takiego wizerunku równie mocno, jeżeli nie mocniej - o czym pisałem choćby w artykule „Pamiętajmy o pamięci", wiosną ubiegłego roku - służyłby jednak pomniki związane z naszą własnym, szczecińskim doświadczeniem, z polską pamięcią. Jakie? Pomysłów mogłoby być tyle, że wypełniłyby osobny artykuł.
Oczywiście, dyskusja o nich stałaby się zaraz zarzewiem dyskusji (oby to była zresztą dyskusja, a nie młócka) politycznych, historycznych, światopoglądowych... Dlatego też, na ogół, unikamy takiej dyskusji (bo jeszcze nam przywalą, że dobrze wspominamy PRL, albo mamy jakąś prasłowiańską manię). A w efekcie - unikamy siebie sami. Ale, tak jak już napisałem, obecność niektórych postaci w historii - bez względu na ocenę tej obecności przez historię - jest niepodważalna (że wymienię tu tylko nazwisko Piotra Zaremby). Warto by jej może nadać ten pomnikowy kształt?
Bo dziś mamy tak - z całym szacunkiem dla wspaniałej postaci, którą wkrótce wyniosą na ołtarze - że jedynym „szczecinianinem" na cokole jest Jan Paweł II.
Wracając zresztą do mitów, czyli do Sediny. Jeśli już chcielibyśmy mieć pomnik związany ze szczecińskim losem, czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy - miast odtwarzać Sedinę - stworzyli jakiś ideowy, a bliższy nam odpowiednik tej rzeźby?
* * *
Pisząc rok temu o potrzebie „pamiętania o pamięci", zwracałem uwagę na to, iż owa „pamięć na pomniki" nie musiałaby być zaraz wielce pomnikowa. Taka z historycznym, politycznym zadęciem. Przeciwnie, lepsze i mniej kontrowersyjne, a i cieplejszy obraz Szczecina kształtujące, byłyby drobne rzeźby, małe pomniczki, figury usytuowane blisko nas - na poziomie ulicy, ludzi szczecińskiej kultury, nauki, sportu, postaci popularnych, barwnych, zadomowionych w tym mieście...
Oczywiście, zawsze będziemy się spierać o przeszłość, której pamiątką są pomniki - choćby i najskromniejsze. Nie ulega też wątpliwości, że czas nie sprzyja dużym i licznym inicjatywom w tej mierze. Jest sporo innych rzeczy do zrobienia.
Wszystkie tego typu rozważania można też przeciąć uwagą, że czas na pomniki w ogóle mija. Zwłaszcza pomniki ludzi. I trudno teraz, nie tylko w Polsce, o pomnik, który byłby słuszny, potrzebny, a i artystycznie udany. Prawda. Lecz nie mówimy tu przecież o gigantycznych monumentach, ciężkich dla oka i kieszeni, ani też o jakieś „fabryce pomników". Nie powstaną one z dnia na dzień, czy też w wielkiej ilości.
Ale Szczecin jest miastem młodym, wciąż jeszcze uczącym się pamięci.
Dlatego trzeba rozmawiać tak, jakby te projekty były możliwe. I mówić choćby o pomnikach, których nam brak. Żebyśmy lepiej zrozumieli, jakich nam brak. Bo nawet jeśli nie powstaną, to czegoś się o sobie dowiemy. Kto zresztą wie, może uda się któreś z tych pomysłów zrealizować?

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 25.02.2011