Będę walczył do końca

Opozycja na Białorusi
Będę walczył do końca
Rozmowa z Franakiem Wiaczorką, białoruskim opozycjonistą
- Nie boisz się? O siebie, o bliskich?
- Boję się, naprawdę. Gdy miałem 17 lat, mówiłem, że nie boję się ani Łukaszenki, ani jego systemu. Ale niedawno, gdy brałem udział w demonstracjach 19 grudnia, po wyborach prezydenckich, widziałem pobite przez milicję dziewczyny z zakrwawionymi włosami, widziałem starych ludzi leżących na śniegu, nieprzytomnych. Nie wiedziałem, co się dzieje. I wtedy zrozumiałem, że się boję. Boję się za bliskich, którzy stają się zakładnikami. I niestety, tego strachu nie można zwalczyć. Tak jak nienormalne jest tracić młodość, siedząc w więzieniach i koszarach.
- Jak trafiłeś do opozycji?
- Mam polityczną rodzinę. Ojciec działał w opozycji w latach 80., za czasów radzieckich. Za to, za co dziś dostajemy 15 dni więzienia, wtedy mógł dostać 15 lat. Ojciec i inni dysydenci obalili system radziecki, Białoruś stała się niepodległa, ale nie na długo. Do władzy przyszedł Aleksander Łukaszenka, produkt nomenklatury postsowieckiej i zaczął ten system wskrzeszać. Miałem sześć lat i poszedłem do szkoły w tym samym roku, gdy Łukaszenka został prezydentem. Gdy miałem 7 lat, pierwszy raz zobaczyłem, jak biją ludzi, którzy nie chcą niczego więcej tylko wolnych wyborów. Szybko stało się dla mnie jasne, że mam misję, którą muszę kontynuować. Gdy skończyłem 13 lat, zaangażowałem się w ruch demokratyczny. Poznałem różne rodzaje represji.
- Opowiedz o tym.
- Mój przypadek nie jest szczególny, odczułem to, co odczuwa społeczeństwo, a właściwie społeczeństwa w krajach autorytarnych. Młodzież jest najbardziej aktywną częścią społeczeństwa, chce zmian. Władza autorytarna to rozumie i próbuje złamać młodzież. Zacząłem od uczęszczania do nielegalnego humanistycznego liceum z językiem białoruskim – lekcje odbywały się w mieszkaniach, nawet na ulicach, latem. Maturę zdałem eksternistycznie – 30 egzaminów w ciągu 1,5 miesiąca. Dostałem możliwość studiowania na uniwersytecie państwowym na wydziale dziennikarstwa. Przez trzy lata na tej uczelni patrzyłem, jak kształtowane są kadry propagandy państwowej. Po trzecim roku wyrzucili mnie, oficjalnie za niezdanie dwóch egzaminów. Nie mogłem ich zdać, bo siedziałem w więzieniu za „wznoszenie niecenzuralnych okrzyków” – to najczęstszy zarzut stawiany opozycjonistom. Egzaminów nie pozwolono mi przełożyć na inny termin.
- Wtedy, który raz siedziałeś w więzieniu?
- Trzeci. Po wyrzuceniu ze studiów na 15 miesięcy trafiłem do wojska, w którym panowały takie same warunki jak w więzieniu. Była ta sama izolacja, te same sytuacje, że ludzie, którym zaufałem okazywali się donosicielami. Po wyjściu z wojska nie pozwolono mi wrócić na żadną uczelnię białoruską. Na szczęście mogłem podjąć studia na Uniwersytecie Warszawskim na wydziale dziennikarstwa. Co tydzień jeżdżę na Białoruś, gdzie pracuję dla Biełsatu, niezależnej telewizji satelitarnej i na rzecz opozycji. Obserwowałem wybory, brałem udział w grudniowej manifestacji, potem próbowałem organizować ruch solidarności z aresztowanymi. A potem mnie zaaresztowali. Już drugi raz spędzałem prawosławne święta Bożego Narodzenia i witałem Nowy Rok w więzieniu. Postanowiliśmy nie obchodzić żadnych świąt, żeby jakoś się trzymać. Powiedzieliśmy sobie tak: zaśniemy w roku 2010, a obudzimy się w 1937 – roku najgorszych represji stalinowskich.
- Myślisz, że ten rok będzie najgorszy?
- Wszystko wskazuje na wzmocnienie represji. Proces sądowy 54 opozycjonistów, wśród nich pięciu kandydatów na prezydenta, może się zakończyć wyrokami 15 lat więzienia z zarzutem „zamachu stanu”. Ten proces przypomina inny, z lat 30. przeciwko białoruskiej inteligencji. – Oskarżono wówczas i rozstrzelano trzy czwarte białoruskiej inteligencji. Zginęły elity, które mogłyby rządzić Białorusią. Rozumiał to bardzo dobrze Stalin. Łukaszenka też chce zniszczyć potencjalnych przeciwników.
- Jak cię przesłuchiwano?
- Zabrali mnie z celi do sąsiedniego pokoju, w którym siedział 40-50-letni mężczyzna ubrany w drogie rzeczy. Bardzo długo pytał, co robiłem 19 grudnia, jaka jest sytuacja w opozycji, a najbardziej interesowały go nazwiska. Na końcu powiedział: ostatni raz rozmawiam z panem, następnym razem, jak pan będzie milczał, pojedzie pan do swoich przyjaciół do więzienia KGB. Tam mamy różne środki, na przykład różne choroby, nawet śmierć. W taki otwarty sposób groził, byli nawet świadkowie, ale oczywiście w tym systemie nie mogę złożyć zawiadomienia do prokuratury. Ale kiedyś nazwiska takich ludzi będą ujawnione, a po zmianie władzy będziemy musieli przeprowadzić lustrację, bo inaczej system może wrócić.
- Ilu Białorusinów popiera opozycję?
- Na stałe w działania zaangażowanych jest kilkanaście tysięcy, ale do nich przyłączają się setki tysięcy. Te 40-50 tysięcy, które w grudniu wyszły na plac pokazały, że chcą zmiany systemu. Przed opozycją stoi wspólny cel: zniesienie Łukaszenki, demokratyzacja życia politycznego. Staramy się robić wspólnie różne akcje, jak chociażby paczki dla siedzących w więzieniu czy demonstrację, która odbędzie się 25 marca, w dzień niepodległości Białorusi. Gdyby zsumować wyniki poszczególnych kandydatów, to opozycja - według naszych wyliczeń - w ostatnich wyborach zebrała około 60 procent głosów. Szkoda, że teraz było aż 9 kandydatów, skoro w 2006 r. był jeden. Jednak dwa lata później Unia Europejska zaczęła współpracować z Łukaszenką, przestała być partnerem opozycji. Temat Białorusi stał się niemodny. I nasza opozycja na nowo się podzieliła. Ale teraz znów pokazała, że może zebrać tłumy. Została jednak przetrzebiona – wielu dziennikarzy trafiło do więzienia, zabrano komputery, laptopy. Musimy się odnowić. - Łukaszenka kontroluje wiele sfer życia, media, ale nie internet. Na ile internet odegrał rolę w wystąpieniach grudniowych w Mińsku – pytam w kontekście „rewolucji internetowych” w Egipcie czy Tunezji.
- Analizujemy tamte wydarzenia, bo tam też nie było skonsolidowanej opozycji, ludzie wyszli nagle na place i zażądali zmiany systemu. Spodziewamy się też, że internet na Białorusi odegra ważną rolę, ale nie decydującą. Prawdopodobnie z internetu dziennie korzysta około pół miliona Białorusinów, to za mało, żeby zrobić rewolucję. W tej ostatniej kampanii decydująca była telewizja państwowa, którą wszyscy oglądają i debata opozycyjnych kandydatów – mówili jednym głosem i ludzie ich posłuchali. Ważna jest i będzie TV Biełsat, a także cztery radiostacje nadające z Polski. Wiem, że kiedy człowiek dostaje dostęp do jakiegokolwiek źródła opozycyjnego, to z reguły zostaje zwolennikiem opozycji. To jest tak, jak z kimś, kto wychodzi z więzienia i może nagle zaczerpnąć świeżego powietrza. Ten ktoś już wie, że do smrodu więziennego wrócić nie może.
- Współpracujecie z Polakami na Białorusi?
- Błędem jest uznawanie, że represjonowanie Polaków na Białorusi jest skierowane przeciw Polsce. Rząd tłumi Związek Polaków na Białorusi dlatego, że jest aktywny i działa. Ta organizacja jest jednym z najbardziej aktywnych środowisk, wydaje pisma, jej członkowie cały czas się kontaktują, spotykają, podziwiam ich odwagę i odwagę Andżeliki Borys, która była gnębiona przez propagandę, ale nie dała się złamać. Łukaszenka bije w mniejszość polską tak, jak bije w organizacje pozarządowe, środowiska, które zajmują się niezależną kulturą, organizacją społeczeństwa obywatelskiego. Bije we wszystko, co jest inne, niż chciałby reżim. Trzeba stawiać mu opór.
- Kiedy będziesz miał dość?
- Będę walczył do końca. Nie można zatrzymać się pośrodku drogi. Już tyle przeżyliśmy, tyle straciliśmy, że musimy sprawę doprowadzić do końca. Nie chodzi o nas. Ja nie chcę, żeby następne pokolenia, moje dzieci, musiały przeżywać to, co my. Niech służby Łukaszenki robią, co chcą, niech wsadzają nas do więzień, my będziemy walczyć do końca. Jesteśmy młodsi od Łukaszenki i przyszłość należy do nas. Rozmawiała Agnieszka Kuchcińska-Kurcz

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 09.03.2011