Ciemne karty historii

Ich rzeczywistość miała niewiele wspólnego ze szczenięcą beztroską. Nie była to z ich strony tylko chęć przeżycia przygody. Za dużo widzieli, za dużo słyszeli, za dużo przeszły ich rodziny i oni sami, w ponurych czasach wojny i tych pierwszych chwilach tuż po niej, kiedy zło miało zostać zwyciężone, a przybrało tylko inną postać i zaczęło mówić innym językiem.
Wiedzieli dość, aby zdawać sobie sprawę, że wybory, których dokonali, będą im ciężarem nawet do końca życia. Tak wybrali, choć wielu z nich nie miało jeszcze skończonych 18 lat.

Hańba tym, którzy zdradzają

Dostał pięścią w twarz tak mocno, że się przewrócił. Poczuł kopnięcie w brzuch, potem w plecy i nerki. I jeszcze raz i jeszcze, nie był w stanie liczyć, tylko kulił się albo prostował. To była kara za to, że 16-letni Antoni Wilewski założył w 1950 r. w liceum w Dębnie „Samodzielną organizację podziemną”, która połączyła się potem z inną o tej samej nazwie. Wraz z kolegami kolportowali ulotki, których treść władza ludowa określiła jako antypaństwową i antyradziecką: „Hańba Polakom, którzy zdradzają swoją ojczyznę i wysługując się Stalinowi, mordercy patriotów polskich w Katyniu i na Sybirze. My, wierni ich ideałom, za które polegli” – tak pisali w jednej z nich.
Podeszli go sprytnie, tak żeby Antkowi nie przyszło do głowy uciekać. Wywabił go z domu znajomy pod pretekstem, że idą na mecz. Potem okazało się, że ten znajomy był pracownikiem Urzędu Bezpieczeństwa. Gdy Antek wyszedł, inni ubecy weszli do jego mieszkania, zrobili rewizję, zrywając nawet materiał z mebli. Ukradli kilka rodzinnych pamiątek.
Antoni został przewieziony do Szczecina, do głównej siedziby MO i UB, na Małopolską. Poznał ból od klęczenia na rozsypanych w celi kamieniach, zimno od wody, która w karcerze sięgała po szyję, głód. Nie był pewien, czy najgorszy z tego jest strach przez pistoletem, który leżał na biurku podczas przesłuchań, czy człowiek, który sięgał po broń, od czasu do czasu grożąc, że jej użyje.
Po przesłuchaniach nieprzytomnego polewano wodą i zaczynano od nowa. W końcu zmusili go, żeby podpisał druk, że nigdy nie powie ani słowa o metodach prowadzenia śledztwa
Bili go też po wyroku, w więzieniu w Goleniowie – dostał 2 i pół roku „za przynależność do organizacji mającej na celu obalenie siłą ustroju państwa”. Był ciągle bity, popychany na ściany, które ociekały wodą, a może nie tylko wodą. Chorował na zapalenie mięśnia sercowego, ucha środkowego, wrzody żołądka i dwunastnicy.

On jest tym, którego szukacie

Może to 17-letni Roman Wolski, założyciel tej innej „Samodzielnej Organizacji Podziemnej” (już w 1949 r.), miał najwięcej powodów, żeby pokazać niezgodę na rzeczywistość? Był synem przedwojennego oficera rozstrzelanego w Katyniu. Z akt śledztwa nie wynika, czy wiedział, jaki los spotkał ojca, ale na pewno słyszał od bliskich, jaka miała być wolna Polska. W stosunku do niego podczas przesłuchania UB zdecydował o wykorzystaniu innych metod – dręczenia psychicznego. Dostał trzy lata więzienia.
- Mieliśmy małą drukarenkę. W ulotkach pisaliśmy przeciw kołchozom, rozkułaczaniu, stacjonowaniu w Polsce wojsk radzieckich i represjom ze strony UB – wspominał po latach Marian Baranowicz, rok starszy od Wolskiego. Ulotki drukowali w mieszkaniu Eugeniusza Zatryba i rozrzucali. Gdy zobaczyli, że to nic nie daje, postanowili rozsyłać je do siedzib PZPR, ZMP i MO.
Po aresztowaniu Zatryb był bity i torturowany fizycznie i psychicznie, tak że zaczął się jąkać. Karę odbywał m.in. w kopalni węgla, wysłano go też do ciężkich prac budowlanych. Nie dostawał wynagrodzenia, a przyznane mu porcje jedzenia starczyłyby może dla dziecka.
Józef Witkowski, który podczas działania w organizacji miał 17 lat, mówił po latach, że grupa miała dwa karabiny, pistolet z amunicją i dwa granaty – wszystko sami „zdobyli”. Podczas śledztwa został ciężko pobity przez przesłuchujących pięściami i drewnianą nogą od stołka. Dostał zarzut „usiłowania obalenia siłą władzy ludowej, kradzież broni, nielegalne posiadanie broni i szerzenie wrogiej propagandy”. Wyrok - 12 lat więzienia.
Najdłuższy stażem w podziemiu był chyba Ryszard Milczarek – już jako 11-latek prowadził dla AK obserwację ruchów wojsk. W ulotkach, które roznosił sześć lat później, pisali prawdę o Katyniu. Gdy go zatrzymali, kazali do połowy nocy stać twarzą do ściany na szeroko rozstawionych nogach, bili go potwarzy, kazali robić dziesiątki przysiadów, a podczas mycia strażnicy kopali go w krocze i bili kluczami po genitaliach. Bardzo przeżył, gdy pokazano mu zakrwawionego kolegę przesłuchiwanego w pokoju obok.
18-letniego Stanisława Hryniewicza UB zabrała z internatu. W nocy do sali wszedł wychowawca z UB-kiem i wskazując na Stanisława powiedział: to ten. Stanisław nie mówił o żalu do wychowawcy. Wspominał o szczecińskim studencie, który siedział z nim w celi, zatrzymanym „podczas jakichś zamieszek” i o przesłuchaniach. Nie bili go, kazali tylko siedzieć na nodze odwróconego taboretu – bardzo bolało, z odbytu lała się krew. Nie straszyli nawet specjalnie, przekonywali tylko, że koledzy i tak już wszystko powiedzieli.
Liczył się z tym, że będzie szykanowany do końca życia. Tymczasem dali mu spokój. Tylko gdy ogłoszono stan wojenny w grudniu 1981 r., pobrano od niego odciski palców, tak na wszelki wypadek.

Wrogi kułacki element

Na terenie Dębna działała jeszcze organizacja „Młodzież Walcząca z Komunizmem” założona przez 18-letniego Antoniego Miecielicę. Organizacja obrała sobie za cel propagowanie zasad Polski przedwojennej, walkę z komunizmem, kołchozami, rusyfikacją życia, walkę z UB i MO. Udawało się przez rok – chłopcy ćwiczyli strzelanie w lesie, malowali antyustrojowe hasła na murach. Zostali aresztowani w czerwcu 1952 r. Przeszli przez więzienia w Rawiczu, Wronkach, Sztumie. Podczas śledztw stosowano wobec nich „tradycyjne” sposoby, takie jak brak jedzenia i snu. Po latach Miecielica przyznał, że bał się, jak śledczy krzyczeli, że jest bandytą, że zginie w więzieniu, że będzie wisiał. Jego kolegę Lecha Tańskiego ubecy bili na oczach jego matki. Był kopany po całym ciele, dostawał ciosy w głowę. Po Romana Kowalińskiego przyjechało aż 30 funkcjonariuszy z pepeszą. Gdy podczas przesłuchania kazano mu usiąść, ktoś za jego plecami odsunął mu krzesło, a ktoś inny kopnął go mocno w plecy. Śledczy położył obok siebie pistolet i kazał przesłuchiwanemu kłaść dłonie na biurku – walił po palcach wieszakiem. Przesłuchania trwały w nocy, w dzień od godz. 8-22 leciała w celi wciąż ta sama melodia.
- Myślałem, że oszaleję – wspominał po latach Kowaliński.
Miecielica dostał 12 lat wiezienia, Tański 8, Kowaliński 6. Ich organizację uznano za „wrogi kułacki element usiłujący dezorganizować rozwój socjalistycznej gospodarki rolnej (...) który inspiruje podatny element do tworzenia różnych grup bandyckich, dywersyjnych, sabotażowych i innych (...)”.

Gest ludowej władzy

W kilku przypadkach władza chciała pokazać, że jest surowa, ale nie mściwa. 18-letni Władysław Sapa w działalność ”Młodzieży Walczącej z Komunizmem” zaangażował się, bo chciał innej Polski niż ta, która była. Wzorem dla niego był ojciec – żołnierz wojny bolszewickiej w 1920 r., a potem w 1939 żołnierz walczący przeciw wojskom sowieckim.
Gdy Władysław dowiedział się o aresztowaniach kolegów, zakopał broń w szopie. Został zatrzymany następnego dnia w gabinecie dyrektora szkoły. W jego przypadku władza pokazała gest: dostał tylko dozór milicyjny, mógł dalej się uczyć. Maturę zdał z pierwszą lokatą, ale nie było mowy, aby dostał się na studia.
Rzadko kiedy władza tak łagodnie traktowała 18-nastolatków zaangażowanych w działalność organizacji podziemnych. Umorzenia śledztw, które miały miejsce w kilku przypadkach, dotyczyły młodszych, 15-latków.
Większość tych, którzy dostali wyroki, mówiła o niełatwym życiu, które nastąpiło po wyjściu na wolność – o chorobach, jakie zostawiło na zawsze więzienie, o pomijaniu ich przy podziale nagród czy awansów w zakładach pracy, o odmowach wydania paszportu. Jeden z działaczy, którego podczas śledztwa bito pasem po cały ciele i straszono wywózką na Syberię, od lat nie opuszcza mieszkania, ma kłopoty z pamięcią.
W sprawie stosowania niedozwolonych metod śledczych przez funkcjonariuszy PUBP w Dębnie Lubuskim wobec członków organizacji niepodległościowych Instytut Pamięci Narodowej wszczął własne śledztwo. Nie doszło jednak do postawieniem zarzutów oprawcom. Śledztwo zostało umorzone z uwagi na niemożliwość wykrycia prześladowców albo z uwagi na śmierć podejrzanych.

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 01.07.2011