Polskie losy...

Jedenaste: wybaczaj
- Tylko dlatego, że miałam dobre życie, mogłam jakoś otrząsnąć się, chwilami nawet o wszystkim zapomnieć – mówi Władysława Szatkowska. Koszmarne obrazy wróciły niedawno; sączyły się z programów telewizyjnych, zdjęć w gazetach, których tytuły krzyczały jak 70 lat temu: wybuchła wojna.
Gdy kończy się świat
Władzia ma cztery latka. Siedzi na kołysce dwuletniej Tereski i buja się na boki. Coraz szybciej i szybciej, kołyska przechyla się niebezpiecznie. Uważaj, kochanie, nie spadnij, upomina łagodnie mama i całuje obie córeczki. Albo inaczej - Tereska śpi między zagonami truskawek, a Władzia biega i skacze, ale stara się uważać, żeby nie zdusić dorodnych owoców. Jak pięknie pachnie kuchnia, gdy mama piecze placek. Ładniej pachną tylko świeżo wypastowane podłogi – to dla Władzi zapach domu, bezpiecznego miejsca. Do poczucia bezpieczeństwa potrzebni są jeszcze tata i babcia. Tata często gdzieś znika, ale nie to ciekawi Władzię. Dla niej wielką tajemnicą jest babcia, bo przyjeżdżają po nią zawsze ludzie, gdy ma urodzić się dziecko. Podobno ma najszczęśliwszą rękę w okolicy.
Ten świat ginie na zawsze. Władzia, Tereska i 13-letnia Jadzia stoją jak skamieniałe przed zgliszczami ich domu. To tam spłonęły mama i babcia zakatowane najpierw przez złych ludzi, którzy bardzo krzyczeli i na początku wcale nie chcieli, żeby dzieci wyszły z płonącego budynku. Sąsiedzi, którzy zbiegli się, widząc łunę, uciekają, gdy ktoś nagle krzyczy „żandarmi wracają!”. Żandarmi nie wrócili, a trójka dzieci dalej stoi w miejscu i nie ma siły płakać. Uciekać? Przecież cały świat to był właśnie ten dom.
Oni przyszli nocą
Dom był okazały, jeden z piękniejszych we wsi Karszówka niedaleko Rzeszowa. Dziadek leśniczy postarał się o najlepszy budulec. Od początku wojny Karszówka i wiele innych okolicznych miejscowości pomaga swoim „leśnym”. Każdy oddział wie, że zawsze może zajść do gospodarzy nocą. Niemcy też o tym wiedzą. Coraz częściej wpadają do wsi, szczególnie wściekli po udanej akcji partyzantów.
Zaczynają się wysiedlenia.
Nie ma nocy, żeby do domu Władzi ktoś nie przyjeżdżał. Dzieci słyszą, że to po babcię, „bo będzie dzidziuś”. Po latach Władysława dowie się, kim naprawdę byli nocni goście. Dowie się też, że tuż po wybuchu Powstania Warszawskiego ojciec, również żołnierz Armii Krajowej, jechał z żywnością do Warszawy i udało mu się dotrzeć na przedmieścia. Gdy wracał, wpadł w zasadzkę. Zginął w Oświęcimiu.
W czerwcu 1943 r. niemieccy żandarmi przyjechali do domu Władzi. Kogoś szukali, byli bardzo zdenerwowani, głośni. Mamę i babcię wyprowadzili na podwórko, zaczęli bić kijami. Bili tak długo, aż przestały się ruszać. Podpalili dom. Dzieciom nie pozwolono wyjść. Na Władzi zaczęła palić się koszulka nocna. Dobrze, że akurat tej nocy była z nimi Jadzia, młodsza siostra taty – mama miała złe przeczucie i poprosiła ją, żeby przyszła do nich spać. To Jadzia ugasiła ogień na koszulce. I ona wpadła na pomysł, żeby Kazia owinąć chustą i przebrać w dziewczęcą koszulkę, bo Niemcy ostatecznie się zgodzili, by dziewczynki wyszły. Spalić żywcem kazali tylko chłopaków. Kaziu, przerażony, uciekł w pole między zagony, ludzie znaleźli go dopiero po dwóch dniach.
Żandarmi pojechali wtenczas jeszcze do domu pod las, w którym mieszkała druga babcia. Nie chciała uciekać, mówiła, że jest niewinna. Gdy przyjechali Niemcy, próbowała wyskoczyć przez okno. Dostała kolbą w twarz, upadła na podłogę. Płomienie odcięły drogę ucieczki.
Dzieci rozdzielono, Władzię i Kazia zabrali dalsi kuzyni. Tereska niedługo zmarła. Władzia tylko raz słyszała ojca. Najpierw było szczekanie psów, cichutkie pukanie do okna, głos cioci i taty, który mówi, że musi jeszcze zajść i choć z daleka popatrzeć na Kazia, że musi się śpieszyć. Przez lata Władzię okropnie bolało, że nie mogła z ojcem zamienić ani słowa.
Nigdy z bratem nie rozmawiali o tragedii, to ona nie chciała. Konsekwentnie odganiała obrazy zakodowane w zakamarkach pamięci, pomieszane z tymi, które opisywali inni. Była młodsza, pamiętała mniej. Brata te obrazy przygniotły, w końcu zabiły. W wieku 35 lat załamał się, poddał. Władzia została sama.
Wadi, komm
Właściwie nie była sama, mieszkała z wujostwem w Jarosławiu, do którego wyjechali po wojnie. Jeszcze wtedy wieś, w 1945 r., była zamieszkana przez Niemców. Zamieszkali w domu z ogrodem – jego właścicielka wraz z synkiem Manfredem, dwa lata starszym od Władzi, przeniosła się do jednej części, resztę zostawiając im.
- Różnie w innych domach było – mówi Władysława. – Były konflikty, ale u nas nigdy, stryj dzielił się z Niemką wszystkim, co miał. Ona też zawsze dzieliła przygotowany posiłek między mnie a Manfreda. Stryj dzielił się też wspomnieniami. Opowiadał, co Niemcy zrobili z jego rodziną, mamą i babciami Władzi. Niemka strasznie płakała, długo nie mogła się uspokoić.
- Wadi, komm - mówił Manfred i prowadził Władzię na strych, gdzie było świetnie miejsce do zabawy. Kiedyś pokazał jej skarb – zdjęcie ojca przypięte na ścianie. Zginął pod Stalingradem. Władzia jeszcze nie wiedziała, co się stało z jej ojcem.
Kiedyś przyszli do nich jacyś ludzie, Polacy, którzy kazali wyjść Niemce przed dom i wszystko oddać. Zaczęli też szarpać Manfreda, bo to przecież hitlerowski syn. Władzia rzuciła się w obronie kolegi, złapała bijącego za nogę i nie chciała puścić. Przestali dopiero, gdy z domu wyszedł stryj i kazał zostawić Niemców w spokoju. Patrzyli, nie rozumiejąc.
- Ty wychowujesz dziecko, sierotę, któremu Niemcy rodzinę spalili, a ty ich bronisz! – nie wytrzymał jeden.
- Stryj nic nie powiedział, a ja pomyślałam, że mama Manfreda zachowywała się wobec mnie jak rodzona mama – mówi pani Władysława. – Wiele było wtedy takich rodzin jak my. Razem z Niemcami piło się herbatę, chodziło do kościoła. Oczywiście były też niedobre chwile, pamiętam, jak zaczęliśmy chodzić do szkoły, to niemiecka młodzież, która musiała ją opuścić, podchodziła pod płot i rzucała nam jakieś obelżywe słowa.
A potem we wsi zaroiło się od drabiniastych wozów i Niemcy zaczęli wyjeżdżać. Jedni zabierali wszystko, inni część.
- Opowiadali, że Niemców podzielono na dwie grupy – jedna ruszyła w stronę Darłowa, a dalej miała podróżować do Niemiec statkami, druga jechała na Sławno, do pociągów – wspomina Władysława. – Ludzie mówili, że te statki zatonęły. Nie wiem, czy tak było naprawdę, ale fakt jest taki, że Niemcy z grupy, która poszła na Sławno, zaczęli przyjeżdżać do Jarosławia, odwiedzać stare kąty. Długo czekaliśmy na naszą Niemkę, ale nigdy nie przyjechała. Ona i Manfred ruszyli właśnie do Darłowa.
Krzywdy nierówne
Władysława miała szczęście, po wojnie była wśród kochających ludzi, dzięki czemu udało się zepchnąć głęboko w pamięć dramat z dzieciństwa. Mama i babcia przychodziły w snach i były to dobre sny. Były też sny ostrzegawcze: gdy Władysława chciała wybrać nie taką drogę życiową jak trzeba (tak mówi tajemniczo), mama ostrzegła, żeby tego nie robiła, bo będzie nieszczęśliwa. Gdy Władysława miała urodzić pierwsze dziecko w domu, przyśniła jej się babcia, która powiedziała, że poród będzie ciężki i jeśli nie pojedzie do szpitala, umrze i ona, i dziecko. I tak było – tylko natychmiastowa pomoc lekarska pozwoliła uniknąć tragedii.
Przeszłość coraz częściej przychodzi teraz, jak zwykle, gdy teraźniejszość staje się mniej intensywna. Władysława już nie walczy ze wspomnieniami. Bolą bardzo. Ale jedno jest dla niej jasne.
- Nie czuję żalu do Niemców. Czuję żal do morderców. Wierzę w prawdziwe pojednanie, bo nie można wszystkich wrzucić do jednego worka i wymieszać, trzeba rozumieć, że w każdym narodzie są ludzie dobrzy i ludzie źli. Ale wiem też, że naszych krzywd nie można wyrównać. Zapomnieć nie można, ale można wybaczyć.

Vollständiger Text/ cały tekst:
Veröffentlichung/ data publikacji: 25.09.2009