Pierwsze spotkanie

Czelin

Było to pierwsze po 1945 roku spotkanie dawnych - niemieckich i obecnych - polskich mieszkańców Czelina/Zellina. Doszło do niego w tej miejscowości 18 maja dzięki niemieckiemu kołu ziemi ojczystej (Heimatkreis), Elwirze Profé-Mackiewicz z Mieszkowic oraz Brandenburskiemu Towarzystwu Niemiecko-Polskiemu, które współorganizowało to przedsięwzięcie w ramach realizowanego od kilku lat projektu "Po śladach - stara, nowa, obca mała ojczyzna". Do tej pory przedwojenni czelinianie spotykali się co roku za Odrą, przyjeżdżali do swej dawnej miejscowości autobusem, ale nie spotykali się z ludźmi, którzy żyją tu po 1945 roku.

Tekst i fot. Robert RyssNa początek pastor Friedrich Wilhelm Ritter (wychował się w pobliskich Mieszkowicach) i miejscowy proboszcz ks. Ignacy Stawarz odprawili w parafialnym kościele nabożeństwo ekumeniczne. "Jesteśmy tu na Twoje zaproszenie, Boże. Polscy katolicy i niemieccy ewangelicy" - stwierdzili przy ołtarzu obaj duchowni. Potem w szkole uczniowie zaprezentowali najpiękniejsze polskie melodie i tańce ludowe. Śpiewał też chór z SP z Zielina. Mateusz Karolak przedstawił ciekawe wyniki badań archeologicznych w wiosce. Po wspólnym obiedzie nastąpiło to, co najważniejsze: Polacy mówili o tym, jak znaleźli się w Czelinie, a Niemcy - jak musieli go opuścić. W głosie często wyczuwało się wzruszenie, bo niektórzy opowiadali o swych dramatycznych losach być może po raz pierwszy, a na pewno po raz pierwszy sąsiadom zza Odry.
R. Koch wraz z byłymi mieszkańcami zaznaczał na mapie,
gdzie mieściły się kiedyś we wsi różne obiekty. Z tyłu obecny czelinianin Krzysztof Karolak
82-letni Stanisław Mirkiewicz jest w Czelinie od 1947 roku. Przez cztery kadencje był sołtysem. - Gdy przyjechałem w październiku, Niemców już nie było. Z początku czułem się tu niewyraźnie. Po tamtej stronie Odry widać było światła, a po naszej nie wolno było świecić w stronę rzeki, żeby nie być oskarżonym o kontakty z nieprzyjacielem. Nie wolno nam też było trzymać psów ani gołębi.
Helena Kwiręg przyjechała w 1949 roku z mamą i trójką rodzeństwa. - Czelin był bardzo zniszczony, okna bez szyb, zimno - mówi. Edeltraut Kreft wspomina: - Pracował u nas Polak, Anton. W 1945 roku nikt nam nie chciał pomóc w wyjeździe, a on nas wywiózł konnym wozem przez zamarzniętą Odrę i dalej ponad 100 km. Od tamtej pory mieszkam w Berlinie. W Czelinie nie ma już naszego domu.
- Opuściłam Czelin w 1945 r. pierwszej nocy, gdy przyszli Rosjanie. My, dziewczęta, bardzo się ich bałyśmy - opowiada Erika Krupki. - Trzy dni siedziałyśmy w lesie w śniegu. Mężczyzn Rosjanie od razu zabierali. My też miałyśmy być wywiezione na Syberię. Po drodze byłam w różnych obozach w Polsce, m.in. w Poznaniu, gdzie znalazłam 18-letnią siostrę, która zaraz zmarła z głodu. Potem okazało się, że mają nas pociągiem wywieźć do Berlina. Ale my nie chcieliśmy do Berlina, chcieliśmy do domu, do Czelina! Jednak to było niemożliwe.

Dobrym przykładem skomplikowanych polskich losów była gospodyni spotkania - dyrektor czelińskiej podstawówki Kazimiera Atroszko: jej rodzice pochodzą spod Lwowa, rodzice męża z Wilna. Teść przez 5 lat był na Syberii.
Stanisław Dolniak mieszka w Czelinie od 42 lat, był żołnierzem WOP-u. Podczas spotkania wręczył najstarszej byłej czeliniance - 82-letniej Erice Krupki namalowany przez siebie obraz miejscowego kościoła.

- Schowajmy w piwnicy nasze uprzedzenia i rozpocznijmy współpracę dawnych i obecnych mieszkańców - zaapelował na koniec Heinz Jessen. - Myślę, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie - wyraził nadzieję sołtys wsi Zbigniew Kmiecik.

Vollständiger Text/ cały tekst: http://www.dpg-brandenburg.de/spurensuche2.htm#290507
Veröffentlichung/ data publikacji: 29.05.2007